Większość ludzi przechodzi przez życie, zużywając masę energii, by bronić godności, której nigdy nie posiadali.
Raymond Chandler
R. Chandler, Długie pożegnanie, Warszawa 1979, s. 207.
wersja 2.5
Większość ludzi przechodzi przez życie, zużywając masę energii, by bronić godności, której nigdy nie posiadali.
Raymond Chandler
R. Chandler, Długie pożegnanie, Warszawa 1979, s. 207.
Jakiś czas temu, zainspirowany poświęcona Lacrimosie notką Grzesia, postanowiłem, że także napiszę coś o tej swej muzycznej fascynacji. Minął jednak jeden tydzień, drugi, trzeci, a ja nic. No, nie do końca nic, bo do pisania wspomnianego tekstu zasiadałem kilkakrotnie, zawsze jednak wynik mych posiedzeń był dla mnie niesatysfakcjonujący. Natrafiłem też na swoistą, wewnętrzną blokadę, a siedzący przy komputerze Skrzat, co rusz szeptał do mnie – nie pisz, daruj sobie, nie rób tego, po co wracać…
W czym tkwił szkopuł? O co chodziło mojemu małemu koledze? Przecież niby temat prosty, niby temat mi bliski, a u mnie pojawiły się jakieś dziwne opory… No właśnie – problem polegał na tym, że muzyka Lacrimosy jest mi zbyt bliska i przez lata towarzyszyła mi w tych dobrych, a także najgorszych momentach mojego życia. Pisać o niej, to także pisać o sobie. Mam bowiem wrażenie, że jest ona ze mną nierozerwalnie związana, że jest we mnie.
Dziś słucham muzyki Lacrimosy rzadziej, ale za każdym razem, gdy to robię wracają wspomnienia. Wraca przeszłość – zarówno ta, o której chcę zapomnieć, jak i ta, którą chcę pamiętać jak najdłużej. Lacrimosa to dla mnie zarówno szczęście i radość, jak i ból oraz cierpienie. Możliwe, że wiele osób ma takie ulubione – (nie)ulubione płyty, z którymi czują się nierozerwalnie związani. Na tym chyba polega piękno i czar tych najlepszych, najważniejszych dla nas płyt.
Na początku było radio
Nie będę pewnie oryginalny – pierwszy raz, muzykę Lacrimosy usłyszałem przed laty, w jednej z audycji Tomasza Beksińskiego, nieżyjącego już prezentera muzycznego, który dla wielu osób był muzycznym guru, przewodnikiem po krętym labiryncie muzyki. Gdy teraz o tym rozmyślam, nie pamiętam już nawet, jaki był to utwór i z jakiej płyty pochodził. Możliwe, że było to coś z Satury. Pamiętam za to doskonale, swoje początkowe zdziwienie, a następnie coraz większą ciekawość, która szybko przerodziła się w zauroczenie, a po zapoznaniu się bliżej z albumami Lacrimosy – szczerą, gorącą fascynację.
Do dziś jestem wdzięczny Beksińskiemu za to odkrycie. No, oczywiście nie tylko za to – Beksińskiemu zawdzięczam wiele i z pewnością nie tylko ja. Beksiński uczył słuchania muzyki, sporą grupę słuchaczy Trójki. Potrafił on, zwrócić uwagę nie tylko na jej piękno, ale i na jej brzydotę. Nie ograniczał się zresztą tylko do muzyki, bowiem w jego audycjach odnaleźć było można też wątki literackie i filmowe. Był człowiekiem o sporej erudycji i potężnej, magnetycznej sile przyciągania. Wiele osób z niecierpliwością oczekiwało na te sobotnie noce, podczas których prowadził swe kilkugodzinne audycje. Wiele osób, zostało też osieroconych, gdy tych audycji zabrakło.
Pamiętam, że po jego śmierci, w jednej ze swych wypowiedzi, inny z mych muzycznych przewodników – Piotr Kaczkowski, wspomniał o tym, że gdy sam słuchał audycji Beksińskiego, to widział, że ten człowiek musiał włożyć wiele trudu i czasu w przygotowanie każdego swego spotkania ze słuchaczami. Miał rację. W każdej jego audycji zauważyć można było, że układa się ona w pewną całość, utwory nie są przypadkowe, a i komentarze prowadzącego, nie wzięły się znikąd.
Jego śmierć spowodowała szok u wielu osób. Może i przygotowywał do niej nas i siebie od dłuższego już czasu – każdy ze słuchaczy wyczuwał pogłębiający się u niego pesymizm i rozczarowanie życiem, a żeby tego było mało, Tomasz pożegnał się nawet z nami w jednej ze swoich audycji i w opublikowanym na łamach miesięcznika “Tylko Rock” felietonie, ale i tak informacja o jego śmierci zabolała bardzo. I ogromny był też ból po jego stracie. Nawet gdy się nie znało go osobiście, to jego audycje oraz publikowane w “TR” teksty powodowały, że odnosiliśmy wrażenie, że znamy go doskonale, że to bardzo bliska nam osoba, a po jego śmierci – że tracimy przyjaciela. Był nim faktycznie, dla wielu z nas.
cdn.
Miałem wczoraj puścić post o mojej Lacrimosie, ale jakoś tak się złożyło, że urzekła mnie platformiana narracja i z przerwami na lekturę “Głowy Minotaura” Krajewskiego, zajmowała mnie ona straszliwie. Zresztą, zdaje się, że nie tylko mnie zafrapowały wczorajsze doniesienia “Rzeczpospolitej” na temat poczynań posła Chlebowskiego. Najpewniej, znaczna część Polski śledziła z wypiekami na twarzach medialne informacje na ten temat i zastanawiała się – co to będzie?
Trzeba przyznać, że bez względu na to, co sobie myślą politycy Platformy, to znalazła się ona w poważnych tarapatach. Może sobie minister Czuma usiłować odwrócić uwagę od bieżących problemów, podsuwając informacje o prześladowaniu przez Kamińskiego, małżonki byłego prezydenta, ale i tak nie zmieni on faktu, że to jego partyjny kolega – Zbigniew Chlebowski, pokazał wszystkim, jakie standardy panują w Platformie. Co ciekawe, zdaje się, że to właśnie między innymi Chlebowski, powinien tych standardów pilnować i tym samym, jego dymisja z zajmowanych stanowisk jest nad wyraz słuszna.

Foto: Shmuel Spiegelman, Wikimedia Commons, Nadavspi.
Szkoda jednak, że również minister Czuma, po raz kolejny uświadamia Polakom, jakie to standardy panują w rządzie współtworzonym przez Platformę Obywatelską i swoją osobą, pozostając na zajmowanym przez siebie stanowisku, pogrąża ją jeszcze bardziej. A tak. Rację ma Łukasz Warzecha, który w swoim poście twierdzi, że Czuma musi odejść. Wczorajsze występy ministra potwierdzają tę opinię wystarczająco. Dziwne, że nasz miłościwie panujący premier, ciągle nie może zrozumieć, że Czuma więcej szkodzi PO niż pomaga. Może i kolejna zmiana na stanowisku ministra sprawiedliwości nie do końca jest pożądana, ale chyba jednak lepiej, by uczyniono to dziś, korzystając z okazji i sporego zamieszania, a nie wtedy, gdy będzie już za późno. Czuma, z dnia na dzień, co raz bardziej kompromituje już nie tylko siebie, ale również urząd ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Przy okazji kompromituje się także premier, który niby nie widzi żadnych przesłanek do jego dymisji.
A tymczasem, każdy przytomnie myślący człowiek za niedopuszczalne powinien uznać orzekanie o winie lub niewinności jakiejkolwiek osoby przez ministra sprawiedliwości. Od przedstawienia dowodów jest podległa mu prokuratura, a od orzekania o winie – podobno niezawistny i niezależny sąd. Jeżeli głos w jakiejś sprawie, zabiera publicznie sam minister, to skutkować to może oskarżeniem o naciski na podległe mu organy, a jeżeli nawet nie naciski, to sugerowanie im jakiegoś określonego kierunku postępowania. Minister sprawiedliwości powinien mieć choć tyle inteligencji, by umieć trzymać buzię na kłódkę i nie wyrokować sądów w prowadzonych przez podległe mu służby sprawach, zwłaszcza gdy chodzi o jego partyjnych kolegów. Nie interesuje mnie opinia Czumy na temat ich winy lub niewinności i nie powinna tez interesować ani prokuratury, ani sądów.
Czuma powinien odejść, a w sprawie tzw. afery hazardowej powinna zostać powołana sejmowa komisja śledcza. Do tej pory, byłem przeciwnikiem powoływania kolejnych komisji, które tak właściwie rzadko coś wyjaśniają i świadczą o chorobie państwa i niezdolności jego organów do radzenia sobie z różnymi problemami, ale akurat w tym przypadku, częściowo dzięki postawie ministra Czumy, jej powołanie wydaje mi się zasadne. I nie ma racji Donald Tusk, który na swej konferencji prasowej wspomniał, że domaganie się przez PiS takiej komisji świadczy o braku zaufania do pracy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Może się cieszyć, owszem, taka próba wymigania się od tworzenia komisji, to nawet niezły chwyt, ale ta argumentacja trafia chyba tylko do nielicznych, ograniczonych umysłowo osobników, zaślepionych miłością do Platformy Obywatelskiej, a tych, nawet wśród dziennikarzy jest już jednak coraz mniej. Żądanie stworzenia komisji śledczej, mającej wyjaśnić wszystkie aspekty afery hazardowej, świadczy raczej o braku zaufania do prokuratury pod rządami Andrzeja Czumy, który publicznie, na łamach różnych mediów, a może i nie tylko publicznie, wskazuje im kierunek działania, a nie do CBA, z którym rząd zdaje się już toczyć otwarta wojnę na oskarżenia i insynuacje.
Przeglądając w sieci opinie na temat afery hazardowej, zauważyłem, że kilka osób zastanawiało się nad tym, czym PO będzie chciała przykryć wpadkę Chlebowskiego. Na to pytanie chyba znamy już odpowiedź – negatywną kampanią pod adresem Mariusza Kamińskiego i podległej mu służby. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niby wykonując tylko swoje obowiązki, Kamiński i CBA nadepnęły Platformie poważnie na odcisk i ta, w ramach wendetty, nie spocznie teraz dopóki nie pogrąży go całkowicie, przy okazji odwracając uwagę opinii publicznej od sedna sprawy, jakim jest dziwne postępowanie polityków PO w sprawie ustawy o grach losowych.
Postawienie na czele CBA byłego polityka było błędem. Skutkuje to ciągłymi oskarżeniami pod adresem tej służby, o stronniczość i działanie na polityczne zamówienie. Opowieść o tym, że PO pozostawiła Mariusza Kamińskiego na stanowisku, dlatego, by w ramach uczciwości i przejrzystości, na ręce patrzył jej działaczom były polityk opozycyjnej partii możemy włożyć między bajki. Kamińskiego pozostawiono dlatego, by każde dostrzeżone przez CBA nadużycie, czy też złamanie przez prawa przez osoby związane z Platformą, można było w ramach samoobrony nazwać działaniem politycznym i osłabić siłę rażenia ewentualnych problemów. Pomysł był dobry i dziś widzimy efekty takiego postępowania, ale nie można w nieskończoność wciskać społeczeństwu, że CBA, czepia się kogoś i łapie go na jakimś przestępstwie, tylko dlatego, że jest z PO. Na dłuższą metę tak się nie da…
Donald Tusk ma dziś prawo do wyrażania opinii, że Prawo i Sprawiedliwość usiłuje wykorzystać całą aferę do swych celów politycznych, ale niech nie udaje naiwnego. Działacze PiS, byliby idiotami gdyby nie wykorzystali obecnej sytuacji, a poza tym – patrzenie na ręce rządzącej partii, to święte prawo opozycji. W odwrotnej sytuacji, gdyby w podobne tarapaty wpadliby politycy PiS, Platforma zrobiłaby z pewnością to samo, tylko, ze względu na swoją lepszą sprawność medialną, z o wiele lepszym skutkiem.
Problemy z komputerem i nagły natłok obowiązków odciął mnie na dłuższy czas od sieci i pewnie pozostałbym poza nią dłużej gdyby nie to, że przytrafił mi się mały wypadek. Chcąc nie chcąc, siedzę sobie w domu i powoli kuśtykam po mieszkaniu. Korzystając z okazji nadrabiam zaległe lektury – i te książkowe i te sieciowe i muszę przyznać, że przez miniony miesiąc zbyt wiele się nie wydarzyło. To znaczy – może i się wydarzyło, ale nie były to zdarzenia, którym media postanowiły poświęcić aż tyle uwagi, by trwale zapisały się one na ich kartach.
Najważniejszymi tematami września wydają się być: odszkodowanie zasądzone Alicji Tysiąc w związku z publikacją „Gościa Niedzielnego” oraz trwająca ciągle dyskusja na temat aresztowania w Szwajcarii polskiego reżysera – Romana Polańskiego. Obu tym przypadkom poświęcono w ciągu ostatnich dni mnóstwo uwagi i specjalnie to nie chce mi się już ich nawet komentować.
Bo i co tu zresztą komentować? Dla wielu osób są to rzeczy oczywiste. No cóż… Dla katolika, aborcja nie narodzonego dziecka polega na jego zabiciu i co za tym idzie jest zabójstwem, a seks z osobą poniżej danego wieku jest przestępstwem nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Nie bardzo rozumiem, dla czego ktoś broni kogoś kto uciekł przed wymiarem sprawiedliwości i protestuje przeciwko jego zatrzymaniu. Z poziomu zwykłego, nie obracającego się w środowisku znanych nazwisk człowieka – wygląda na to, że naszym elitom w głowach się poprzewracało.
Rozumiem zasługi danej osoby, dla kultury, jakiejś społeczności itp., ale zdaje się, że jeżeli okaże się iż jakiś obecny autorytet popełnił w przeszłości jakąś zbrodnię, to jego życiorys mimo wszystko jej nie zamaże. W świetle prawa wszyscy są równi i tak powinno być. Nie ma taryfy ulgowej. I tyle. Może i często ze szkodą dla człowieka, który wiele wysiłku włożył w to, by zamazać popełnioną w przeszłości winę, ale w świetle prawa nic się na to nie poradzi. Przestępstwo było i już. Trzeba nie tylko odpokutować, ale jeszcze zostać osądzonym i poddać się wymierzonej karze, nawet – jeżeli będzie ona jawnie niesprawiedliwa, a i o takie przypadki nie trudno. Zdaje się, że sąd może wziąć pod uwagę zasługi i czyny danej osoby po dokonaniu przestępstwa, ale wcale to nie oznacza, że te jego jakieś wybitne osiągnięcia sprawiają, że danego przestępstwa nie było.
Gdy tak przeglądam sobie te różne informacje z minionego miesiąca i widzę jakie wydarzenia są najbardziej komentowane i zaprzątają najwięcej uwagi opinii publicznej i mediów, to mam wrażenie, że żyjemy w czasach po-politycznych. Polityka, przepychanki partyjne, sposób sprawowania rządów, prace nad ustawami, walka z kryzysem o którym już nawet prawie zapomniano – nie zajmują tak publiczności, jak kwestie obyczajowe lub jakieś problemy gwiazd, czy nawet ich dawnych partnerów. Wystarczy być byłą żoną znanego aktora i popełnić jakiś naganny czyn, by informacje o tym długo nie schodziły z łamów prasy i ekranów telewizorów.
Może i ktoś tu idzie na łatwiznę i media podchwytują proste, nie wymagające zbytniego wysiłku poszukiwawczego tematy, a dziennikarstwo śledcze odchodzi do lamusa, ale trzeba też przyznać, że ludzie najprawdopodobniej, w przeważającej większości, chcą być jednak o takich sprawach informowani. Chcą być karmieni informacyjną sieczką lub tematami obyczajowymi, czy też społecznymi, a polityka jako taka, interesuje ich wcale lub mniej. Lektura ustaw nie jest wcale ciekawa, nie tylko dla dziennikarzy, o nieprawidłowościach w różnych urzędach i tak wszyscy wiedzą, a to – w jaki sposób rząd walczy z kryzysem, społeczeństwo odczuwa na własnej skórze.
Nic, tylko pochylić się z natężoną uwagą, nad tym co nam się podsuwa. Może i naszym kosztem, bo umykają nam w ten sposób także rzeczy ważne i powoli zapominamy, że na otaczająca nas rzeczywistość ktoś jednak może mieć wpływ, ale trzeba przyznać, że my tez mamy wpływ na to co czytamy, komentujemy i najwidoczniej – prawdziwe problemy polskiego państwa interesują nas już mniej.
Gdy w Polsce wzrasta przestępczość, to często obrywa się policji i służbom porządkowym za ich niewydolność i zbyt małą skuteczność. Potem dostają w tyłek rządzący, którzy nad naszym krajem czuwają i kontrolują organy zapewniające nam bezpieczeństwo. Na ostatnim miejscu pojawiają się pytania o to – co się dzieje z polskim społeczeństwem, co powoduje rosnące statystyki wykroczeń, zabójstw, chamskich wybryków, czy też burd na ulicach.
Jeżeli chodzi o temat chamstwa w sieci, to wydawało się być odwrotnie. Tutaj winę zazwyczaj ponosiły przede wszystkim te osoby, które korzystając ze swej względnej anonimowości popisywały się niewybrednymi atakami na innych. Dziennikarze i publicyści załamywali ręce nad kondycją polskich internautów, pojawiały się też pytania – jak walczyć z chamstwem w sieci, jakie są jego przyczyny i nikt nawet się nie zająknął o tym, że tak właściwie to wypadałoby przy okazji postawić zupełnie inne pytanie – kto pozwala na to chamstwo w sieci?
Gdy czytałem sobie te wszystkie publikacje na temat agresji w Internecie, miałem wrażenie, że w nie ma w nim żadnych środków kontroli publikacji, moderatorzy są chyba jakimś niezbyt realnym bytem, każdy może pisać sobie co chce i gdzie chce, a właściciele portali nie mają na to żadnego wpływu. Prawdziwa wolna amerykanka – żadnych regulaminów, tworzymy Dziki Zachód.
Ch@mowo się opłaca
Za to teraz, gdy przeglądam sobie niedawną debatę na temat zachowania internautów, która przetoczyła się przez łamy Gazety Wyborczej, to się śmieję. Po latach istnienia Internetu w Polsce, niektórzy dziennikarze odkryli moderację. Nagle, w cudowny sposób, niektórzy przejrzeli też na oczy i dotarło do nich także to, że owo sławetne chamstwo może się portalom po prostu opłacać.
I tu akurat, Jacek Żakowski ma rację. Emocje w są w cenie. Bo czy nie jest opłacalne, gdy internauta, odpowiednio pobudzony, czy nawet wkurzony, przebywa dłużej w danej witrynie i czeka, odświeżając raz po raz stronę, by sprawdzić jaką reakcję wywołał jego komentarz, albo gdy inny komentator, oburzony jakimś komentarzem (chamskim lub nie) dodaje swoje trzy grosze? Klik, klik… Te wszystkie kliki i czas spędzony przez internautę w witrynie to dla portali pieniądz. Nuda je zabija.
Tak właściwie to można spokojnie stwierdzić, że to, iż portalom chamstwo się opłaca, wcale nie jest jakąś wielką tajemnicą. Jakiś czas temu spotkałem się nawet z opinią, że na niektórych portalach, moderatorzy specjalnie podkręcają atmosferę, by zwiększyć emocje. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale gdy czyta się list pewnego dziennikarza, który opublikował na swoim blogu Jacek Prześluga, można uwierzyć i w tę „spiskową teorię”. Dziennikarza? No tak, autor tego listu nawet się za niego nie uważał. Traktował siebie samego, bardziej jak wywoływacza kliknięć…
Niemożliwa moderacja
Na tekst Żakowskiego w GW, odpowiedzieli pracownicy Agory, którzy w swoim artykule stwierdzili, że w Internecie pojawia się tyle treści, że moderacja jest niemożliwa. Tak? Wolne żarty. Najprawdopodobniej nie ma strony w Internecie, która nie byłaby czyjąś własnością i już dawno temu, opracowano odpowiednie programy monitorujące ruch w witrynach. Autorzy tekstu powinni dobrze wiedzieć, że moderacja jest możliwa i że istnieje od lat. Problem polega na tym – jak to cudo funkcjonuje oraz kto i dlaczego dopuszcza do tego, by obraźliwe, czy też chamskie teksty oglądały w ogóle światło dzienne.
A owszem, łatwo zauważyć, że idiotyczne, czy też kretyńskie komentarze internautów można na największych portalach znaleźć bez problemu. Jednak, gdy ktoś krzyczy, że moderacja jest niemożliwa, to sporej rzeszy użytkowników tych witryn, łże w żywe oczy. Niejeden internauta przekonał się o tym, że czasami, nawet merytoryczny komentarz opublikować w Internecie wcale nie jest tak łatwo…
Pewnie sporo osób pamięta co się działo na witrynie Dziennik.pl podczas tak zwanej „Sprawy Kataryny”. Oburzenie internautów było spore i niektórzy nie przebierali w słowach, by jak najdosadniej i często przesadnie, wyrazić swe oburzenie postępkiem Dziennika. Co się okazało? Zaskoczony ich reakcją Dziennik, postanowił wykorzystać te wszystkie gorszące go komentarze do odwrócenia uwagi od sedna problemu i ogłosił wielką wojnę z chamstwem w sieci, którą zresztą, niektóre portale wtedy podchwyciły. By pokazać do czego zdolni są internauci, Dziennik.pl ogłosił nawet, że zaprzestaje moderacji komentarzy pod kontrowersyjnymi tekstami dotyczącymi ujawnienia danych Kataryny. I co? Ano to, że Dziennik.pl wcale wtedy moderacji nie zaprzestał. Może i pełne agresji komentarze ukazywały się bez problemu, ale z kolei – nie pasujące do wizji tworzonej przez Dziennik.pl, merytoryczne komentarze, w których rzetelnie i spokojnie tłumaczono na czym polega wina Dziennika, były skwapliwie kasowane. Przekonałem się o tym osobiście, usiłując zamieścić na forum tego portalu komentarz i przekonał się też o tym na przykład – bloger gw1990. Moje, jego i pewnie jeszcze wielu innych internautów komentarze, wcale się nie ukazywały, lub były szybko kasowane.
To, że istnieje w Internecie coś takiego jak moderacja, odkrył także pisarz i dziennikarz – Jerzy Sosnowski, który postanowił sprostować błąd autora pewnego tekstu na Onet.pl. Zamieścił odpowiedni komentarz po tekstem i… I co? Jego komentarz wcięło w ekspresowym tempie, a powodem było złamanie przez niego regulaminu forum, bowiem uwagi do redakcji należy kierować do niej bezpośrednio. Prostować błędy portalowych dziennikarzy? Publicznie? Broń Boże! Sosnowski dowiedział się w ten sposób, że internauta ma prawo tylko do tego, by wyrazić swoją opinię na temat opisanego w danym tekście wydarzenia. Może taki osobnik obrażać, wyzywać, ale polemizować z autorem tekstu już nie wolno, nawet jeżeli wypisuje on kompletne bzdury.
Trybiki
I co? Moderacja nie jest możliwa? Skoro tak, to jakim cudem udaje się kasować te wszystkie niewygodne uwagi, kierowane pod adresem portali, czy też autorów artykułów, publikowanych na ich łamach? Może warto przyznać w końcu otwarcie, że sporo portali żyje z tych emocji i z tego chamstwa i jego ukrócenie wcale nie jest im na rękę. Mało tego – bardzo często to właśnie te portale wywołują emocje i podsycają atmosferę oburzenia, czy też nawet nienawiści, poprzez publikację danych tekstów, dobór tematów itp. Im goręcej tym lepiej. Przeciętny komentator, który postanowi zamieścić swój komentarz na jednym z tych portali, jest tylko trybikiem w ich biznesowej maszynerii.
Można próbować bronić chamstwo w sieci w imię wolności słowa i wołać o tym, że nie chce się wprowadzać cenzury, a wielu internautów przyzwyczajonych do wolności swej wypowiedzi, nawet chętnie poprze taką argumentację. Cenzura? Nie ma mowy. Ale wszyscy ci, którzy tak ochoczo krzyczą o tej nieszczęsnej cenzurze, zapominają, że istnieje ona od dawna – zarówno w sieci, jak i w realu. W Internecie roi przecież od różnych regulaminów, nakładających ograniczenia na użytkowników witryn i nikt jakoś nie protestował dotąd przeciwko ich istnieniu. Te same osoby, które krzyczą o obronie wolności wypowiedzi, same pewnie nie raz zgłosiły jakiś kretyński komentarz do moderacji. Podobnie w jest w realu, tutaj także na nasze wypowiedzi nakładane są pewne ograniczenia. Wystarczy głośno przekląć publicznie, w pobliżu policjanta czy też strażnika miejskiego, by zarobić mandat. Internet też jest miejscem publicznym. Niby dlaczego chamskie, agresywne, obraźliwe wpisy mają być w nim tolerowane? Dlaczego nie nałożyć tolerującym takie wpisy portalom i zamieszczającym je internautom porządnego kagańca?
Pewnie niektórzy pamiętają jeszcze wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, w której kpił z Donalda Tuska i by podkreślić nierealność jego opinii o tym, że kraje euro wypuszczą obligacje, które rozłożą naszą gospodarkę, stwierdził, że „równie dobrze można było wymyślić, że Gabon zaatakuje Polskę. Potem powiedzieć, że jednak nie zaatakuje, a na koniec ogłosić, że to wielki sukces”. Mimo, że w tej wypowiedzi nie było tak naprawdę nic obraźliwego i niestosownego, to spotkała się ona ze sporą falą krytyki. Szybko podchwycono temat Gabonu i zapytano też Kaczyńskiego, z czym mu się on kojarzy, na co odpowiedział on, że Gabon to „niezbyt wielkie państwo afrykańskie, gdzie poważną rolę odgrywają orzeszki ziemne”. Stefan Niesiołowski, może i w ramach starań o posadę honorowego konsula Gabonu, ogłosił wtedy, że Kaczyński swoją wypowiedzią obraził Gabon.
Oczywiście, nie tylko Niesiołowski był oburzony słowami Kaczyńskiego. Jeden z lokalnych działaczy Platformy Obywatelskiej – Kazimierz Czekaj, poczuł się zaniepokojony ewentualnym pogorszeniem naszych stosunków z Gabonem do tego stopnia, że planował nawet wyprawę do tego państwa, by przeprosić jego obywateli za zachowanie prezesa PiS. Gazeta Wyborcza opublikowała materiał z jego wyprawy, tyle, że… jako żart primaaprilisowy. Nie wiem, czy w końcu doszło do tej podróży i tak właściwie, to nie wiem czy ma ona jakiś większy sens poza turystycznym, bowiem, jeżeli do Gabonu dotarły wypowiedzi Kaczyńskiego, które rzekomo miały obrażać jego mieszkańców, to najprawdopodobniej dotarły też jego przeprosiny. No, ale czego się nie robi dla ośmieszenia politycznego przeciwnika…
Ale dlaczego o tym w ogóle piszę? Dlaczego to przypominam? A dlatego, że skoro tak chętnie chciano przepraszać za słowa Jarosława Kaczyńskiego, to zastanawia mnie, kto teraz przeprosi za wypowiedź Stanisława Żelichowskiego, który postanowił w ramach krytyki niepowodzeń ministra Grada… obrazić obywateli Kataru.
A obraził? No tak, owszem. Może jakoś nie dotarło to do szerszej publiczności, albo nikt też głośno nie powiedział jej, co ma ona na ten temat myśleć, ale tak – jego słowa, które padły w jednej z telewizyjnych wypowiedzi mogą być z pewnością obraźliwe. Nie ukrywam, że ja akurat zdębiałem, gdy ubiegłym tygodniu zobaczyłem, jak polsatowskie Wydarzenia emitują jego wypowiedź, w której, stwierdza on, że „jak się ma doczynienia z Katarem, to można podejrzewać zakichany interes”. Aż myślałem, że się przesłyszałem. Mając w pamięci nie tak dawną znowu aferę z wypowiedzią Kaczyńskiego, pomyślałem sobie – no ładnie, teraz to zlinczują faceta. Albo wyśmieją, zrobią z niego wariata. Wariata? No, a czy jakiś rozsądny polityk i to partii współtworzącej rząd, w którym ma ona nawet swego prezesa na stanowisku ministra gospodarki oraz wicepremiera, rzuci takim tekstem pod adresem państwa, z którym Polska chce prowadzić interesy?
Okazuje się jednak, że w tej wypowiedzi większość mediów nie znalazła nic obraźliwego. W ciągu całego tygodnia, zwróciła na nią uwagę chyba tylko jedna stacja telewizyjna – tvn24. I zrobiła to jeszcze, w programie satyrycznym. Nic to. To faktycznie komedia i naprawdę za zabawne można uznać zdarzenie, w którym polityk PSL krytykuje swój rząd i wyśmiewa pomysły koalicyjnego ministra, obrażając przy okaz okazji państwo, z którym Polska chce robić interesy.
Możliwe, że dowcip Żelichowskiego zostanie jeszcze jednak doceniony i to przez ministra Grada. Chyba już wiadomo, na kogo tym razem, może zrzucić on odpowiedzialność, gdy nie wyjdzie kolejna próba ratowania polskich stoczni przy udziale katarskich inwestorów. Tym razem nie będzie to jakiś list, a telewizyjna wypowiedź Żelichowskiego. To przez niego. To jego wina – obraził obywateli Kataru!
Na zakończenie przypomnę jeszcze tylko, że może i Żelichowski ochoczo krytykował w ostatnich dniach katarskie interesy ministra Grada, kpił z nieudanej transakcji, ale tak właściwie, to stanowisko Żelichowskiego na temat pomysłu ratowania polskich stoczni, przez katarskich inwestorów wcale nie jest takie jasne i konkretne. Teraz Żelichowski o tym pomyśle mówi jedno, a jeszcze niedawno, w wypowiedzi dla wprost24.pl stwierdził, że Grad wybrał najlepszą ofertę. A przecież wiadomo, że „jak się ma doczynienia z Katarem, to…”
Okres wakacyjny zdecydowanie nie wszystkim służy. Parytet parytetem parytet pogania. Wrzask wielki, jakby ewentualne kariery kobiet naprawdę były blokowane. Każdy jest kowalem swojego losu i nie bardzo rozumiem skąd takie absurdalne pomysły. Może komuś chodzi o aktywizację kobiet? No, akurat w tym to nie ma nic zdrożnego, ale od razu jakieś parytety?
Pomysł parytetów powoduje, że kobiety mogą być odbierane jako nieporadne, ograniczone intelektualnie istoty, które nie są w stanie samodzielnie radzić sobie w życiu i należy zadbać o to, by jakoś im je ułatwić. Nasze wojujące feministki powinny się jednak trochę obruszyć na takie fory. Sugerowanie, że kobiety nie są w stanie samodzielnie i bez żadnej męskiej pomocy, osiągnąć jakiegoś sukcesu, jest przecież dla nich, najzwyczajniej w świecie – obraźliwe.
A zresztą… Może za kilkanaście, lub kilkadziesiąt lat odwdzięczą się one mężczyznom tym samym i będą domagać się dla nich rozmaitych parytetów? Może kiedyś nastaną czasy, gdy to mężczyźni będą domagać się swych praw? Już od dawna można takie przypadki zaobserwować, jeżeli chodzi na przykład, o prawo do opieki nad dziećmi. Jest wiele dziedzin, w których kobiety dominują nad mężczyznami.
A, że zdarza się iż mężczyźni nie są traktowani na równi z kobietami, także przy zatrudnianiu, wiadomo przecież doskonale.
Jakiś czas temu pewien mój znajomy miał poważne problemy ze znalezieniem pracy. Jako, że mieszkał w niezbyt dużym mieście, to nie miał zbyt dużego wyboru pod względem miejsc, gdzie mógłby złożyć swe CV. Po jakimś czasie reagował już na każde dostrzeżone przez siebie ogłoszenie i bez względu na to, czy odpowiada ono jego wykształceniu i kwalifikacjom, czy też nie, starał się u takiego poszukującego pracownika pracodawcy o zatrudnienie.
Pech chciał, że trafił na dziwny okres, w którym najczęstszą ofertą, jaką widział były posady sprzedawców w różnych sklepach. Tfuuu… Powinno być – sprzedawczyń. Za każdym razem kiedy udał się do takiego sklepu, słyszał: przykro mi bardzo, ale wolimy/chodziło nam o – kobietę. Wielkie było jego zdumienie, gdy okazało się, że to iż jest mężczyzną dyskwalifikuje go z miejsca, gdy stara się o stanowisko w zwykłej księgarni, czy sklepie spożywczym.
Wspomniany kolega znalazł w końcu pracę. Poza swoim miasteczkiem, ale można powiedzieć, że wszystko skończyło się dobrze. Jednak od tamtej pory jest on zawziętym zwolennikiem trochę innych parytetów, niż te o których tak ostatnio głośno i twierdzi, że należy walczyć o prawa… mężczyzn. Czyżby cała ta dziwna sytuacja z walka o równouprawnienie, zależała od punktu widzenia?
Czyżby możliwe było, że doczekamy się czasów, gdy takie przypadki będą o wiele częstsze i to mężczyźni będą traktowani, jak ograniczone intelektualnie istoty, które nie radzą sobie w życiu i potrzebne będzie tworzenie dla nich różnych parytetów? Może być różnie, więc warto zastanowić się nad parytetami dla kobiet, z myślą, że kiedyś, tak jak już wyżej napisałem – kobiety odwdzięczą się mężczyznom tym samym? Niby dlaczego parytety mają dotyczyć tylko polityki?
Z zaciekawieniem obserwowałem sobie reakcje na niedawną wypowiedź Gromosława Czempińskiego, w której przyznaje się on, do tego, że był inicjatorem powstania Platformy Obywatelskiej i stwierdzam, że tak właściwie poważniejszych reakcji i komentarzy na ten temat zabrakło. Coś tam powiedział Macierewicz, coś tam zanegował Płażyński, zdementował Graś, potwierdził Olechowski i na tym koniec. Nie zauważyłem poważniejszych analiz, czy też licznych, publicystycznych komentarzy w gazetach. Wszystko wskazuje na to, że nic wielkiego się nie stało.
A niby można było się spodziewać, że taka informacja rozpęta prawdziwą medialną burzę, ziemia się zatrzęsie i odezwie się zgodny chór potępienia. W żadnym demokratycznym państwie – to, że za kulisami powstania jednej z najważniejszych partii politycznych w państwie, stać mogą służby specjalne nie jest czymś normalnym. Zachodnie media pewnie od razu zaczęłyby załamywać ręce, krzyczeć o skandalu, o psuciu demokracji, ale nie w Polsce. W Polsce, taka informacja nie wydaje się być czymś specjalnie rewelacyjnym.
Z czego to wynika? Może przyzwyczailiśmy się już do tego, że ludzie służb wchodzą w świat biznesu i polityki? No dobrze, może i nawet nie ma w tym już nic dziwnego, ale czy nie ma też nic dziwnego w tym, że otwarcie przyznają się oni do tego, że pełnią na polskiej scenie politycznej funkcje kreacyjne? Dla mnie jednak jest to dziwne, a jeszcze dziwniejsze wydaje mi się zachowanie polskich mediów, które coś tam brzdąkną, ale zachowują się tak, jakby za wszelką cenę chciały odwrócić od tematu wzrok. Coś tu śmierdzi?
Czytelnicy i widzowie to idioci
Niby trwa obecnie sezon ogórkowy i media powinny się rzucać na takiego newsa i z braku innych, eksploatować go do bólu. Okazuje się jednak, że ta informacja to dla nich żaden news, a o skandalu nawet nie wspomnę. Malutka wrzawa, która wybuchła szybko zgasła, jeżeli o jakiejkolwiek wrzawie można tu w ogóle mówić. Media wolą eksploatować stare, wyblakłe już tematy, niż pochylać się nad czymś co mogłoby zaszkodzić jednej z najważniejszych partii na polskiej scenie politycznej. Jest przecież tyle niegroźnych tematów, z których można zrobić sensację…
Przecież o wiele bardziej istotna może być pozycja Jolanty Kwaśniewskiej w rankingu prezydenckim i jej ewentualny start w wyborach. Temat wyczerpany? Było w ubiegłym tygodniu? Było już w ogóle? Eeee tam. Czytelnikom i widzom można wciskać to samo do kompletnego znudzenia. Są oni na tyle tępi, że nachalne promowanie Jolanty Kwaśniewskiej pozostanie przez nich niezauważone, a sama Jolanta będzie z czasem, coraz lepiej odbierana. I mało kto zastanowi się też, co by było gdy zamiast Jolanty Kwaśniewskiej, w podobnym do ogłoszonego niedawno sondażu umieścić postać Marka Kondrata lub inną nie związaną z polityką, a za to cieszącą się sporą popularnością osobę. Kwaśniewską i tak widzą w telewizji na tyle często, że nie połapią się, że wciska im się po tygodniu, drugi raz prawie to samo. Przy okazji może i rządząca partia podziękuje za tę medialną wrzutkę i weźmie też pod uwagę, że przychylność mediów wcale nie musi trwać wiecznie?
Widzowie i czytelnicy wcale nie są tępi? Nie kupią drugi raz tego samego? Brednie. Skoro inni dziennikarze dają się naciągnąć na lipne tematy, to i dlaczego nie miałby tego zrobić zwykły, przeciętny czytelnik? Przywoływanie tych samych tematów i serwowanie ich po raz kolejny, nie jest wcale czymś nowym. Nie tak dawno, pojawiła się informacja o odpowiedzialności Jaruzelskiego za zestrzelenie przez Czechów polskiego samolotu i udało się wywołać kolejną medialną nawałnicę. Wszyscy łyknęli tę informację i nikt nie zwrócił jakoś uwagi na fakt, że polskie media zrobiły sobie super-newsa z informacji, którą podały do publicznej wiadomości już kilka miesięcy temu. Czy można się jeszcze więc dziwić, że i prezydenckie szanse Kwaśniewskiej mogą być przez nie komentowane do bólu? Wszystko przejdzie… No, prawie.
Czempiński inicjował powstanie PO? To wiadomo od lat
Z deklaracją Czempińskiego problem polega jednak na tym, że wcale nie powiedział on czegoś nowego. Informacja mówiąca o tym, że miał on jakiś udział w powstaniu Platformy Obywatelskiej krążyła od lat. Sam, dowiedziałem się o tym już kilka lat temu i początkowo traktowałem ją jako jedną z licznych spiskowych teorii. Co dziwne, gdy kilkakrotnie testowałem ją sobie wśród znajomych związanych z PO, za każdym razem okazywało się, że nagabywane przeze mnie o to osoby, nawet młodszy ode mnie kolega, członek platformianej młodzieżówki – już to kiedyś słyszały. Wszystko wskazywało na to, że jest to fakt o którym prawie wszyscy wiedzą, każdy coś słyszał, ale nikt za bardzo nie traktował go poważnie i nie mówił o tym głośno. Mam uwierzyć, że żaden dziennikarz o tym nigdy nie słyszał? Żarty. Może i można to usprawiedliwić tym, że traktowano tę informację jako zwykłą plotę, ale zapomniano, że w każdej plotce może być trochę prawdy. Nikt nie pokusił się o to, by spróbować ją potwierdzić lub zdementować. Za to, gdy plotka okazała się prawdziwa, zapanowała konsternacja. To prawda? Jednak? Rany? I co teraz? Dlaczego teraz?
I tu, przedstawiciele medialnego światka, podchodzący do sprawy z dystansem, mogą mieć trochę racji. Zastanawiające jest, dlaczego Czempiński dopiero teraz postanowił potwierdzić tę plotkę. Co nim kieruje i co chce przez to osiągnąć? To, że odpowiednio zadbał, by ta informacja ujrzała światło dzienne wiadomo doskonale. Nie odkryję Ameryki, jeżeli stwierdzę, że jeżeli dana osoba chce by coś zostało zauważone przez opinię publiczną, to między innymi – często powtarza w mediach tę samą informację, po wielokroć. W ten sposób postępuje niejeden polityk. Nie raz można było zauważyć jakiegoś posła czy inną osobę związaną z polityką, która do znudzenia powtarzała to samo podczas swych wizyt w różnych stacjach telewizyjnych, czy w wywiadach dla prasy. Robili to też za kulisami. Czempiński swój plan wykonał i udało mu się.
Niewypał zdetonowany
Podobno w świecie służb i polityki nic nie dzieje się przypadkowo. Wypowiedź Czempińskiego przypadkowa nie była. Potwierdził krążąca od lat plotkę w konkretnym celu i najprawdopodobniej poprzez swe działanie chciał osiągnąć dwa cele. Pierwszy zrealizował w 100 procentach – od teraz może się jawić wielu osobom, jako potężna i wpływowa osobistość mająca niebagatelny wpływ na scenę polityczną w Polsce. Akcje Czempińskiego poszły do góry i nic już nie pomoże dementowanie jego wynurzeń przez osoby związane dziś, czy w przeszłości z PO. Drugim celem, którym według Stanisława Janeckiego – miało być pogrożenie palcem Platformie i próbą ostrzeżenia, że te same osoby, które jej kiedyś pomagały, mogą zacząć grać dla przeciwnego obozu, też został zrealizowany. Ale czy na pewno taki był cel Czempińskiego? Bardziej byłbym skłonny przychylić się do teorii, że chodziło raczej o wcześniejsze zdetonowanie tej bomby (inspiracja Czempińskiego/służb przy tworzeniu PO), która ogłoszona krótko przed wyborami prezydenckimi, mogłaby jednak narobić sporo problemów i Olechowskiemu i Tuskowi. Jeżeli ktoś pokusiłby się na wystrzelenie tej rakiety w Tuska i Olechowskiego na krótko przed wyborami, mogłoby zabraknąć czasu na odpowiednią reakcję, a smród, który by wtedy się pojawił nie byłby wcale łatwy do usunięcia.
Czempiński z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że trochę ryzykuje. Jednak biorąc pod uwagę przychylność niektórych mediów dla Platformy Obywatelskiej, wiedział też, że żadna krzywda ani jej ani Olechowskim w tym momencie się nie stanie. Niektóre media nie są zbytnio zainteresowanie nagłaśnianiem pogrążających Platformę informacji i ciągle nie w smak im powrót do władzy PiS, które przy takim megaskandalu zyskałoby najwięcej. W ubiegła sobotę, Stanisław Janecki w radiowej Trójce podał dwie informacje. Jedna mówiła o problemie z alkoholem, który miałaby mieć Jolanta Fedak, a druga dotyczyła tego, że ludzie z dawnego UOP prowadzili w okresie powstawania PO wobec niej działania osłonowe, które miały przykryć różne informacje mogące kompromitować jej polityków. Która informacja zrobiła w mediach furorę? Ta, którą większości polaków mimo wszystko łatwiej wybaczyć – ewentualny alkoholizm Fedak. PO i służby? No nie…
Ale nie do końca
Dziś sprawy Czempińskiego i PO już „nie ma”. Temat w błyskawicznym tempie zniknął nawet z mediów, które oskarżane są o sprzyjanie PiS. Pojawił się na moment i przed najbliższymi wyborami, jeżeli ktoś będzie się starał o jego przypomnienie, to środki masowego przekazu raczej nie podejmą tego tematu. To już było. Można powiedzieć, że Czempiński powinien być zadowolony – umiejętnie zdetonował bombę, która mogła poważnie zaszkodzić jego politycznym przyjaciołom.
Chociaż niekoniecznie. Gromosław Czempiński, najprawdopodobniej mógł nie wziąć pod uwagę jednego faktu – podczas kampanii wyborczej może zdarzyć się wiele. Jeżeli walka będzie ostra i na przykład – Prawo i Sprawiedliwość, będzie dysponowało pamiętliwymi specjalistami od PR, to ten temat może jednak jeszcze wypłynąć w jednej z pisowskich reklamówek wyborczych. Ku swemu zdumieniu, Czempiński może wtedy zobaczyć spot ze swoimi słowami oraz odpowiednim komentarzem lektora: „Lech Kaczyński nie zakładał PiS w współpracy ze służbami. Za nim nikt ze służb nie stoi”, czy też inny, porównujący w ten sposób Kaczyńskiego i innego kandydata na prezydenta.
Zamiast wpisu…
Polska – miejsce, gdzie narodziła się wolność
Pewnie wielu internautów pamięta historię z tekstem Cezarego Michalskiego, w którym to autor zmyślił cytaty z wypowiedzi internautów. Osoby czytające tekst Michalskiego szybko zauważyły manipulację i nie szczędziły słów krytyki w komentarzach pod artykułem, na stronie internetowej Dziennika. Tekst zdjęto i trudno dziś do niego dotrzeć na stronach Dziennik.pl. Najprawdopodobniej tylko przez zaniedbanie – pozostawiono go na portalu Redakcja.pl, by cieszył oko osób zadowolonych z tej kompromitacji Michalskiego.
Okazuje się, że Michalski ma pojętnych uczniów, którzy nadal, z podobnym mu zapałem pracują nad wiarygodnością swej gazety. Oto osoba podpisująca się jako wg opublikowała dziś w serwisie Dziennik.pl, tekst na temat niedawnego postępku Moniki Olejnik i wykorzystania przez nią wypowiedzi córki Romana Giertycha. Dziennik.pl zainteresowało, co też internauci sądzą o tym wydarzeniu i relacjonuje on, jakim to zainteresowaniem w Internecie, cieszy się ta sprawa. Według Dziennika, w Internecie wrze.
I wszystko było by OK, gdyby nie to, że dla bardziej wiarygodnego przedstawienia sytuacji, postanowiono podeprzeć się opiniami publikujących na Forum Dziennika internautów. Zacytowano wypowiedzi dwóch pań – beaty55 oraz Jagi005.
Beata55 pisze: „Świetne źródło informacji, kilkuletnie dzieciaki. Używanie w taki sposób dzieci w tekście jest żenujące i bardzo źle świadczy o Pani poziomie dziennikarskim”.
Z kolei, Jaga005 różni się w swej opinii od koleżanki z forum: „Czy pani MO wykradła Giertychom dziecko i molestowała je?. A jakt ktoś opuszczonego 5 latka zapyta na ulicy, jak ma na imię i gdzie jest tatuś, to też będzie nikczemną kanalią?”.
Jako, że miałem w pamięci, nie tak dawne znowu, dokonania Cezarego Michalskiego i dzisiejsze informacje o zmyślonej rozmowie Dziennika, postanowiłem odszukać oryginały przytoczonych przez Dziennik.pl wypowiedzi. No i prawdę mówiąc, zgodnie z moim przeczuciem – tu pojawił się problem. Jeżeli odnalezienie na witrynie Dziennika, przytoczonych słów pani beaty55 nikomu nie powinno przysporzyć większego bólu, to poszukiwania wypowiedzi Jagi005, niestety już tak. Moje wysiłki spełzły na niczym. Wszystko wskazuje na to, że taki użytkownik w serwisie Dziennik.pl nie istnieje, a co za tym idzie – nie istnieje też przytoczona przez wg wypowiedź. Czytelnicy Dziennika, zostali po raz kolejny oszukani. Przeglądając komentarze pod wspomnianym tekstem, natrafiłem nawet na wypowiedź internauty, który chciał wyrazić poparcie, dla słów Jagi005. Pewnie ciągle żyje on w błogiej nieświadomości i nie wie, że poparł opinię redaktora Dziennika, a nie podobnej jemu czytelniczki. Podobnie ma się sprawa, z kilkoma innymi komentatorami Forum Dziennika.
Cieszy mnie, że Dziennik.pl interesuje to, co mają do powiedzenia jego czytelnicy, ale nie za bardzo rozumiem, dlaczego redaktorzy dziennikowej witryny zmyślają ich wypowiedzi. Czy świat, przedstawiony czytelnikom na łamach Dziennika, to naprawdę tylko wynik bujnej wyobraźni jego redaktorów? Gdzie się podziała dziennikarska rzetelność? Gdzie się podziała jakakolwiek rzetelność, niektórych redaktorów tej gazety? To, że ma ona istnieć w obecnej formie jedynie do jesieni, wcale nie zwalnia ich od odpowiedzialności za słowo i rzetelnego informowania czytelników. Czy dziennikarze Dziennika nie powinni już teraz, nie ustawać w wysiłkach nad poprawą tak mocno zszarganej reputacji?
PS
Przed publikacją tego postu zerknąłem ponownie na stronę Dziennik.pl. Autor omawianego tekstu zmienił swój artykuł i usunął z niego wypowiedź „Jagi005”, zastępując ją opinia innego, bardziej realnego użytkownika. Nie zmienia to jednak faktu, że oszustwo miało miejsce. Moim zdaniem nie wystarczy, poprzestać na usunięciu kompromitującego autora artykułu fragmentu. Wprowadzonym w błąd czytelnikom, należą się przeprosiny.