Zamiast wpisu…
Polska – miejsce, gdzie narodziła się wolność
wersja 2.5
Zamiast wpisu…
Polska – miejsce, gdzie narodziła się wolność
Pewnie wielu internautów pamięta historię z tekstem Cezarego Michalskiego, w którym to autor zmyślił cytaty z wypowiedzi internautów. Osoby czytające tekst Michalskiego szybko zauważyły manipulację i nie szczędziły słów krytyki w komentarzach pod artykułem, na stronie internetowej Dziennika. Tekst zdjęto i trudno dziś do niego dotrzeć na stronach Dziennik.pl. Najprawdopodobniej tylko przez zaniedbanie – pozostawiono go na portalu Redakcja.pl, by cieszył oko osób zadowolonych z tej kompromitacji Michalskiego.
Okazuje się, że Michalski ma pojętnych uczniów, którzy nadal, z podobnym mu zapałem pracują nad wiarygodnością swej gazety. Oto osoba podpisująca się jako wg opublikowała dziś w serwisie Dziennik.pl, tekst na temat niedawnego postępku Moniki Olejnik i wykorzystania przez nią wypowiedzi córki Romana Giertycha. Dziennik.pl zainteresowało, co też internauci sądzą o tym wydarzeniu i relacjonuje on, jakim to zainteresowaniem w Internecie, cieszy się ta sprawa. Według Dziennika, w Internecie wrze.
I wszystko było by OK, gdyby nie to, że dla bardziej wiarygodnego przedstawienia sytuacji, postanowiono podeprzeć się opiniami publikujących na Forum Dziennika internautów. Zacytowano wypowiedzi dwóch pań – beaty55 oraz Jagi005.
Beata55 pisze: „Świetne źródło informacji, kilkuletnie dzieciaki. Używanie w taki sposób dzieci w tekście jest żenujące i bardzo źle świadczy o Pani poziomie dziennikarskim”.
Z kolei, Jaga005 różni się w swej opinii od koleżanki z forum: „Czy pani MO wykradła Giertychom dziecko i molestowała je?. A jakt ktoś opuszczonego 5 latka zapyta na ulicy, jak ma na imię i gdzie jest tatuś, to też będzie nikczemną kanalią?”.
Jako, że miałem w pamięci, nie tak dawne znowu, dokonania Cezarego Michalskiego i dzisiejsze informacje o zmyślonej rozmowie Dziennika, postanowiłem odszukać oryginały przytoczonych przez Dziennik.pl wypowiedzi. No i prawdę mówiąc, zgodnie z moim przeczuciem – tu pojawił się problem. Jeżeli odnalezienie na witrynie Dziennika, przytoczonych słów pani beaty55 nikomu nie powinno przysporzyć większego bólu, to poszukiwania wypowiedzi Jagi005, niestety już tak. Moje wysiłki spełzły na niczym. Wszystko wskazuje na to, że taki użytkownik w serwisie Dziennik.pl nie istnieje, a co za tym idzie – nie istnieje też przytoczona przez wg wypowiedź. Czytelnicy Dziennika, zostali po raz kolejny oszukani. Przeglądając komentarze pod wspomnianym tekstem, natrafiłem nawet na wypowiedź internauty, który chciał wyrazić poparcie, dla słów Jagi005. Pewnie ciągle żyje on w błogiej nieświadomości i nie wie, że poparł opinię redaktora Dziennika, a nie podobnej jemu czytelniczki. Podobnie ma się sprawa, z kilkoma innymi komentatorami Forum Dziennika.
Cieszy mnie, że Dziennik.pl interesuje to, co mają do powiedzenia jego czytelnicy, ale nie za bardzo rozumiem, dlaczego redaktorzy dziennikowej witryny zmyślają ich wypowiedzi. Czy świat, przedstawiony czytelnikom na łamach Dziennika, to naprawdę tylko wynik bujnej wyobraźni jego redaktorów? Gdzie się podziała dziennikarska rzetelność? Gdzie się podziała jakakolwiek rzetelność, niektórych redaktorów tej gazety? To, że ma ona istnieć w obecnej formie jedynie do jesieni, wcale nie zwalnia ich od odpowiedzialności za słowo i rzetelnego informowania czytelników. Czy dziennikarze Dziennika nie powinni już teraz, nie ustawać w wysiłkach nad poprawą tak mocno zszarganej reputacji?
PS
Przed publikacją tego postu zerknąłem ponownie na stronę Dziennik.pl. Autor omawianego tekstu zmienił swój artykuł i usunął z niego wypowiedź „Jagi005”, zastępując ją opinia innego, bardziej realnego użytkownika. Nie zmienia to jednak faktu, że oszustwo miało miejsce. Moim zdaniem nie wystarczy, poprzestać na usunięciu kompromitującego autora artykułu fragmentu. Wprowadzonym w błąd czytelnikom, należą się przeprosiny.
Mały aneks do afery Kataryna vs Dziennik vs ?
Sporo już napisano na temat ujawnienia danych Kataryny. Wielu blogerów nie szczędzi słów potępienia autorom opublikowanego na łamach Dziennika artykułu i sprawa ta zdążyła nawet przybrać trochę dziwny obrót – redakcji Dziennika udało się spowodować, że uwaga opinii publicznej została znacznie odwrócona od prawdziwego tematu. Pojawiają się też coraz częstsze próby posumowania, wytłumaczenia oraz zrozumienia ataku, na poważaną przez wiele osób blogerkę. Wydaje mi się jednak, że jest na to jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Nie znamy pełnych okoliczności powstania artykułu poświęconego Katarynie.
Z braku czasu nie mogłem się odnieść do całej tej wojenki wytoczonej przez Dziennik Katarynie, a następnie też innym blogerom oraz – sądząc po publikowanych na jego łamach tekstów, to już nawet wszystkim przywiązanym do swej anonimowości internautom i wydaje mi się, że dziś – jakikolwiek mój komentarz do tej sprawy jest całkowicie zbyteczny.
Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewien fakt, który jeszcze przed opublikowaniem tekstu “Wiemy, kim jest Kataryna”, wprawił mnie w szczere zdumienie i do dziś nie wiem, co tak właściwie o tym wydarzeniu myśleć. Szukałem w wolnych chwilach, informacji na ten temat w Internecie, ale niestety nic nie znalazłem. Wydarzenie to zostało niezauważone, albo po prostu kompletnie zbagatelizowane. Czy słusznie? Trudno to ocenić. Na ten temat można długo snuć rozważania w stylu – co autorka miała na myśli. Według mnie, jest to jednak zbyt dziwny zbieg okoliczności, by można go było pominąć kompletnym milczeniem.
Przejdźmy jednak do rzeczy. “Kropka nad i”, 19 maja, wtorek. Monika Olejnik rozmawia z ministrem sprawiedliwości – Andrzejem Czumą. Rozmowa dotyczy bieżących wydarzeń. Mnie najbardziej zastanowiły słowa, które padły dopiero pod koniec programu (na stronie internetowej TVN24 odnajdujemy je w drugiej części zapisu video).
Monika Olejnik: I na koniec. Wyzywa Pana na pojedynek blogerka Kataryna. Czy Pan się z nią spotka? Nawet chce ujawnić swoje dane.
Andrzej Czuma: Absolutnie nie wiem nic o pani Katarynie. Pytam już kto to jest Kataryna i nikt nie może odpowiedzieć.
Monika Olejnik: No ja wiem kto to jest.
Andrzej Czuma: Pani wie. To niech mi pani powie.
Monika Olejnik: Kobieta. He, he…
Andrzej Czuma: Na ucho niech mi pani powie.
Monika Olejnik: To potem powiem panu kim jest Kataryna. Ale nie chce się pan z nią spotkać? Nie chce pan jej…
Andrzej Czuma: Absolutnie nie mam ochoty.
Monika Olejnik: A jeszcze… Jeszcze tylko…
Andrzej Czuma: Niech mi Pani powie, czy pani polubiłaby by ludzi, którzy korzystając z anonimowości obrażają innych? Lubi pani takich ludzi?
Monika Olejnik: Nie, ale są ludzie, którzy nie korzystają z anonimowości, piszą artykuły i pan ich zamierza podać do sądu. Podał pan już Politykę?
Andrzej Czuma: Nigdy nie zamierzałem podawać do sądu.
Monika Olejnik: Polityki nie?
Andrzej Czuma: Ktoś panią… Aaa… Polityka to co innego.
Monika Olejnik: Aaa…
Andrzej Czuma: Polityka źle napisała i będziemy podawali do sądu.
Monika Olejnik: Ale będziemy. Jeszcze nie?
Andrzej Czuma: Już czynimy to.
Monika Olejnik: Dziękuję bardzo. Andrzej Czuma, minister sprawiedliwości, był dzisiaj gościem Kropki nad i.
Gdy dotarła do mnie informacja zawarta w wypowiedzi Moniki Olejnik, przez moment zapadłem w stan konsternacji. To był tylko nic nie znaczący żart, czy dziennikarka faktycznie znała dane Kataryny? Myślałem też wtedy, że jeżeli to nie żart, to dni anonimowości Kataryny mogą być policzone. Przez moment pomyślałem nawet, że może już to się stało i ta informacja jedynie nie dotarła do ministra. Sprawdziłem jednak w Internecie, czy wydarzyło się na ten temat coś, czego nie zauważyłem w ciągu dnia i wyniki moich poszukiwań wykazały, że nic takiego się nie stało. Zbagatelizowałem wypowiedź Olejnik i potraktowałem ją jako żart. Może wcale nie wiedziała kim jest Kataryna i po programie, poza kamerami, wcale nie poinformowała o tym Andrzeja Czumy…
Dziwnym zbiegiem okoliczności ta bomba jednak wybuchła. Dwa dni po emisji programu Moniki Olejnik, Dziennik publikuje niesławny artykuł Sylwii Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego. To nie był żart?
Nie mogę wyjść z podziwu dla mediów, którym za sprawą Lecha Wałęsy udało się odświeżyć temat już dość głośno w przeszłości omawiany. O publikacji Zyzaka pisano bowiem w czerwcu 2008 roku i fakt jej istnienia nie został wcale przemilczany. Nie wywołano jednak wtedy, aż tak wielkiej histerii jak obecnie i muszę przyznać, że opinie Wałęsy są dla mediów, wciąż atrakcyjnym tematem, nawet – jeżeli dotyczą historii, komentowanych już ponad pół roku temu.
Nie mogę powiedzieć, bym nie był trwającą nadal burzą znacznie zdziwiony. Możliwe, że to iż zostałem zaskoczony, to moja wina. Może zanadto się przyzwyczaiłem do faktu, że polskie media, mają często dziwną skłonność do omawiania dokumentów i książek, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego, a gdy to się już stanie porzucają dany temat uznając sprawę za załatwioną. Tak było ze słynnym Raportem Pitery, o którym o wiele częściej mogliśmy sobie poczytać w chwili gdy go jeszcze nie było, tak było z nowym programem Prawa i Sprawiedliwości, który był na topie do chwili oficjalnej prezentacji, a po niej mało który dziennikarz chciał poświęcić mu chwilę swej uwagi i tak też było – z książką Cenckiewicza i Gontarczyka, która zrobiła furorę, przed ukazaniem się na rynku.
Obecne zamieszanie mógłbym nawet podciągnąć pod próbę poprawy swej jakości przez polskie media, bo i w końcu namiętnie dyskutuje się o czymś co jest, gdyby nie to, że nikt jakoś się nie kwapi do tego by poinformować, iż odgrzewa się stary temat, no i gdyby nie to, że książkę wykorzystuje się do walki z IPN, choć nie ma on z nią prawie nic wspólnego. Przy okazji okazuje się, że niektórzy dziennikarze nadal mają skłonność do wprowadzania ludzi w błąd i tak na przykład – Konrad Piasecki w niedawnym wywiadzie z Kurtyką, poczęstował go o cytatami, nie informując o tym, że nie wszystkie pochodzą z książki Zyzaka i ich w niej po prostu nie ma. Z jakością ciągle ciężko…
Także, opublikowany na blogu Wałęsy post, w którym zwraca on uwagę na ciągłe obrażanie go i zapowiada nawet ewentualną emigrację, nie stał się przyczynkiem do debaty – jak w Polsce traktuje się żywe pomniki i czy faktycznie ich dokonania dają im prawo do całkowitej nietykalności i bez względu na ich poczynania, nie podlegają one krytyce, a wykorzystano go do rozpętania nagonki na IPN.
Wskrzeszony temat okazał się też mieć tym razem na tyle silny przekaz, że poza facetem, który najwidoczniej – za punkt honoru obrał sobie zostanie dyżurnym błaznem III Rzeczypospolitej, nawet Donald Tusk robi z siebie idiotę krytykując IPN za coś czemu nie jest on winny. Może to nie jego wina i zbyt łatwo uległ namową swych doradców, którzy wmówili mu najprawdopodobniej, że ładnie będzie wyglądało, gdy z troską pochyli się on nad organem zarządzającym elementami naszej pamięci narodowej, ale szkoda że robi to krytykując Instytut Pamięci Narodowej przy okazji afery dotyczącej książki, której IPN nie wydał, nie mówiąc nawet o tym, że Tusk jej nie czytał.
Na miejscu Donalda Tuska, jeżeli to jego doradcy są winni jego zachowaniu skutecznie bym się ich pozbył. Co z tego, że po raz kolejny udaje się skierować oczy opinii publicznej na mało istotny a nawet kuriozalny temat, skoro wypowiedzi premiera powodują, że spada jego wiarygodność? Tusk zaliczył kolejną wpadkę i coś mi się wydaje, że ciężko będzie mu odbudować mit męża stanu – nie dość, że lubi grać w piłkę nie zważając na godziny pracy swych współpracowników, to jeszcze kompromituje się zabierając głos na temat o którym najwyraźniej nie ma zielonego pojęcia.
Cała awanturka świadczy jedynie o tym, że IPN uwiera wiele osób, które nie cofną się przed niczym, by skutecznie z nim walczyć i jak najbardziej go skompromitować. Szkoda, że do tej walki daje się wykorzystywać obecnie urzędujący premier, czy marszałek Sejmu i godzą się na to, by dyskutować oraz krytykować IPN przy okazji potępianej przez media książki, która nie ma z nim nic wspólnego. Może tym panom wydaje się, że mają jeszcze jakiś autorytet i możliwe, że u niektórych osób jeszcze go nie straciły, ale wolałbym, by nie zapominali o autorytecie swego urzędu i nie wystawiali go swymi poczynaniami na śmieszność.
Jeżeli IPN jest winien za Grzechy Zyzaka (oczywiście, jeżeli jakieś popełnił), to ktoś może łatwo uznać, że Komorowski i Tusk są odpowiedzialni za poczynania posłów PO, którzy na przykład – mają poważne problemy z wypełnianiem sejmowych oświadczeń.
Nie tak dawno informowałem o tym, jak poseł PO – Łukasz Tusk w oficjalnym, dostępnym na stronach Sejmu dokumencie pochwalił się, że jednym z jego współpracowników jest człowiek urodzony w … 2007 roku. To oświadczenie musiały czytać minimum kilka osób, a mimo to nikt nie zwrócił uwagi na błąd i podległa Komorowskiemu kancelaria umieściła je w Internecie. Kto jest winien? Na pewno Komorowski! Należy zlikwidować Kancelarię Sejmu, skoro publikuje brednie w Internecie! Odwołać marszałka, skoro na to pozwala! Przecież to skandal!
Początkowo można było się spodziewać, że ujawnienie w programie „Teraz My”, poczynań Donalda Tuska i jego przybocznych podczas trwania niedawnych głosowań, poważnie zaszkodzi Tuskowi. Adam Bielan snuł nawet teorie, że film pokazujący Tuska na boisku podczas prac sejmu będzie bił rekordy oglądalności, ale tak właściwie – wcale nie było to takie pewne. Umiejętnie rozgrywając zaistniałą sytuację, Donald Tusk miał szansę na przemienienie porażki w sukces.
Tusk nie został tym programem zaskoczony. Z niewiadomych powodów, TVN dało mu spore fory i Donald Tusk oraz jego specjaliści od PR mieli sporo czasu na przygotowanie odpowiedniej reakcji. Trudno mi znaleźć odpowiedź, która tłumaczyłaby zachowanie dziennikarzy, którzy z własnej woli osłabili przekaz zdobytego przez siebie materiału. Gdyby działali z zaskoczenia, jego wydźwięk byłby o wiele większy. Robiąc mu szumną reklamę przed emisją, z jednej strony mogli znacznie zwiększyć oglądalność swego programu, ale z drugiej – gdyby tego nie uczynili, ich film byłby na topie o wiele dłużej i najprawdopodobniej ich następny program cieszyłby się większą popularnością. Owa reklama, była według mnie wyraźnym sygnałem dla rządzącej ekipy, a nawet rodzajem ostrzeżenia – halo, chłopcy – mamy coś na was i lepiej będzie jak się trochę przygotujecie.
W chwili emisji programu, ta medialna bomba była już rozbrojona. Wspominane wyżej postępowanie, może świadczyć jedynie o nierównomiernym traktowaniu polityków i stosowaniu taryfy ulgowej dla jednych, a dla drugich już nie. Czy gdy Sekielski z Mrozowskim, postanowili ujawnić taśmy z udziałem Renaty Beger i polityków PiS, dali im takie fory? Nie. Udało się dopaść PiS z zaskoczenia i to był gwóźdź do sukcesu TVN.
Warto też zwrócić uwagę, że samo przyłapanie Tuska na boisku i odkrycie, gdzie był podczas niedawnych głosowań nie jest jakimś rewelacyjnym wyczynem. Gdy pojawiły się pierwsze pytania na temat jego nieobecności, tylko człowiek naiwny, byłby w stanie uwierzyć, że dziennikarze nie są w stanie łatwo ustalić co takiego ważnego robił Donald Tusk w ubiegły czwartek. Jego zamiłowanie do piłki nożnej jest powszechnie znane i to, że grywa lub grywał we wtorki i czwartki w piłkę, nie jest żadną tajemnicą.
Wcześniej czy później poczynania Tuska mogły zostać ujawnione. Zawsze lepiej gdy zrobi to przychylna telewizja niż inne media, które mogłyby działać z zaskoczenia i czas na reakcję byłby wtedy znacznie skrócony. Łatwo wtedy o wpadki, niepotrzebne krętactwo i sprzeczne próby tłumaczenia sytuacji przez zaskoczonych polityków PO.
Problem z brakiem czasu na przygotowanie odpowiedzi na zarzuty, który tym razem podarowano PO, odczuli niedawno posłowie Prawa i Sprawiedliwości, gdy poddano krytyce wyjście Jarosława Kaczyńskiego z sali obrad. Rostowski grzmiał z trybuny sejmowej – znudził się i wyszedł. Skutecznie zwrócił uwagę na nieobecność Kaczyńskiego, co bardzo szybko wykorzystały media, a atakowani przez nie posłowie PiS starali się tłumaczyć swego szefa, jego nagłą niedyspozycją, uczuleniem itp. Nie brzmieli oni wcale wiarygodnie i możliwe, że gdyby mieli więcej czasu na opracowanie jakiejkolwiek taktyki, to sytuacja nie przybrała by aż tak szkodliwego dla Kaczyńskiego charakteru. PO zdobyła wtedy punkt, a trzeba przyznać, że by choć trochę ograniczyć straty wystarczyło, iż pytany przez dziennikarzy jakiś poseł PiS stwierdził, iż Jarosław Kaczyński wyszedł ponieważ źle się poczuł, a tak poza tym, to nie wie skąd Rostowskiemu przyszło do głowy, że się znudził. Może zbytnio utkwiły mu w pamięci opowieści Donalda Tuska, jak to sam nudził się podczas swych prac w Senacie? Koniec. Kropka.
Donald Tusk nie został postawiony pod ścianą i wybrnął ze swej kryzysowej sytuacji, prawie idealnie. O wiele lepiej jest przyznać się błędu, niż kłamać i nieudolnie kręcić. Komuś kto sam się otwarcie przyznaje do porażki o wiele łatwiej jest ją wybaczyć, niż osobie która przyłapana na czyś – kręci i udaje, że nie ma tematu. Ogłoszenie skruchy przez Donalda Tuska, stawia go w dobrym świetle, jako osobę uczciwą, która ma odwagę przyznać się do błędu. Jego wiarygodność jako polityka oraz człowieka prawdomównego może w tym momencie wzrosnąć.
Jedynym słabym punktem tej taktyki obrony, był rzecznik prasowy – Paweł Graś, który starał się jak najszybciej uciąć temat. Usiłując zamknąć gwałtownie problem, osłabił przekaz i mógł spowodować, że skrucha Tuska może się wydać mało prawdziwa. Może i trudno się dziwić, że chce on szybko pozbyć się problemu, skoro sam początkowo wpakował PO w żenujące tłumaczenia, ale z drugiej strony lepiej by było gdyby nie ucinał tematu jakby dziwił się, że niektóre media nie chcą mu wcale ułatwić sytuacji i nie przyznawał tym samym pośrednio, że Tusk przeprosił tylko dlatego bo nie miał innego wyboru. Graś zdaje się tym samym też mówić – wybrnęliśmy z sytuacji, dajcie spokój, nic się nie stało, już jest OK., a tak naprawdę może to jeszcze okazać się fikcją.
Mimo, że media szybko odpuściły i dziś, mało kto interesuje się sensacyjnym materiałem Sekielskiego i Mrozowskiego, to jednak, przeciętny obywatel może jeszcze długo pamiętać męża stanu oraz jego współpracowników, biegających po boisku podczas prac Sejmu i nie wierzyć wcale, w prawdziwość jego skruchy. Mimo, że awanturę udało się zamieść pod dywan, to z pewnością zostanie ona przypomniana przed najbliższymi wyborami prezydenckim i dopiero wtedy okaże się, czy boisko zaszkodziło Tuskowi.
W pewnej stacji radiowej ktoś nieźle się napracował, by wywołać krótkotrwałą nawałnicę na temat majątku Lecha Kaczyńskiego. Trzeba przyznać, że myśl o kontroli stanu jego finansów spodobała się niektórym i pewne media nawet podchwyciły wątpliwą rewelację pod tytułem: Rząd zmusi prezydenta do ujawnienia swego majątku.
Nie wiem, czy prowadzący program był przez kogoś w szczególny sposób zadaniowany do tej misji i czy poproszono go o poruszenie tematu. Pewnie to nie on jest winien wywołaniu małej burzy w szklance wody, ale to – co zrobiono z wywiadem którego udzieliła mu Julia Pitera mogę nazwać tylko zwykłą manipulacją, a na dodatek dość nieudolną. Część słuchaczy RMF została jednak oszukana, a i inne media, na szczęście na krótko – dały się nabić w butelkę. Pewnie na takie cudo jeszcze nie raz natrafię obserwując sobie polskie środki masowego przekazu, ale jakoś nie bardzo mi się to podoba.
Oto trzeciego marca, Julia Pitera uczestniczy w programie Kontrwywiad RMF FM. Rozmawia sobie z Konradem Piaseckim, między innymi na temat swego osławionego raportu dotyczącego CBA, jej policyjnej ochrony oraz nowego projektu przygotowywanej przez nią ustawy antykorupcyjnej. Piasecki interesuje się tym – kto będzie musiał składać według nowej ustawy oświadczenie majątkowe i dopytuje się, czy także prezydent będzie do tego zobowiązany. Fragment rozmowy dotyczący nowej ustawy i prezydenta wygląda tak:
Konrad Piasecki: Jawne oświadczenia majątkowe – kto je będzie musiał składać?
Julia Pitera: De facto cały korpus służby cywilnej.
Konrad Piasecki: Prezydent też?
Julia Pitera: Też. Dlatego że zasady będą równe dla wszystkich.
Konrad Piasecki: A jego urzędnicy?
Julia Pitera: Jego urzędnicy też.
Konrad Piasecki: Bo do tej pory prezydent jakoś tak musiał składać, ale przed wejściem na urząd, a potem już było gorzej z tym.
Julia Pitera: Proszę się nie skupiać na prezydencie Rzeczypospolitej. Problem polega na tym, że dla różnych grup stosowane były różne przepisy, a większość oświadczeń była niejawna, w związku z tym mógł pan wpisywać, co pan chce, i pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował.
Tylko tyle zostało powiedziane o prezydencie, co nie przeszkodziło popularnej stacji radiowej zatytułować wywiad – Pitera: Zmusimy prezydenta do ujawnienia majątku. Szkoda, że w całej rozmowie, Pitera nie wypowiada tego zdania ani razu.
Jak już zrobiono pierwszy krok, to redaktorzy RMF postanowili pójść dalej i rozwinąć temat. Na stronie internetowej RMF, możemy ponownie poczytać sobie o tym, że rząd chce zmusić prezydenta do ujawnienia majątku. Podano opinie z Pałacu Prezydenckiego i napisano trochę o zasobach Lecha Kaczyńskiego. Przytoczono też kolejną wypowiedź Pitery, która mówi: „Ten zapis nie jest antyprezydencką złośliwością. To efekt dążeń do ujednolicenia i zaostrzenia przepisów nie zawsze spójnych i rozrzuconych dotąd po różnych ustawach”. Na stronie RMF przeczytać też możemy, że deklaracje Julii Pitery potraktowane zostały jako temat zastępczy, którego nie warto komentować.
No faktycznie. Nic, tylko się oburzyć na zachowanie prezydenckich urzędników. Łatwo jednak zauważyć, że nie było żadnych deklaracji Pitery, w których mówiłaby ona o jakimś zmuszaniu prezydenta do czegokolwiek. To jedynie wymysły dziennikarzy stworzone na własne potrzeby i próba wywołania jednej, z tak lubianych przez dziennikarzy awanturek pomiędzy prezydentem a rządem. Zróbmy sobie newsa.
Cezary Michalski poświęcił dziś trochę czasu na prawicowe gadanie w Internecie i swój tekst zilustrował wieloma cytatami z for, czy blogów. Obrazek jaki się z nich wyłania według Michalskiego nie napawa zbytnim optymizmem. Prawie, że wstyd i hańba. Prawicowi blogerzy i komentatorzy mogą się pocieszyć jednak, że ich lewicowi konkurenci, też nie radzą sobie najlepiej. Według Michalskiego, działają tak samo.
Jako, że jak wspomniałem wyżej, Michalski nie oszczędził cytatów, to ogłaszam konkurs. Kto odnajdzie źródła cytowanych przez Michalskiego wypowiedzi otrzyma nagrodę. Nagrodą jest satysfakcja. Przyznam się, że szukałem przy pomocy dwóch programów i nie znalazłem ani jednego. Ciągle odnajduję cytaty użyte przez Michalskiego głównie na… Redakcja.pl, w tekście samego Michalskiego.
Sposób przytoczenia wypowiedzi internautów sugeruje, że są to dokładne cytaty. Gdzieś w sieci po prostu muszą one istnieć w oryginale. Ja jednak mam problem z odnalezieniem ich. Może Państwu się uda. No chyba, że to celowe oszustwo Michalskiego, ale w to nie wierzę… Kto dobrowolnie przypiąłby sobie łatkę dziennikarza, który sam tworzy wypowiedzi oponentów?
PS
Jako, że od dłuższego czasu nie mogę połączyć się z Salonem24.pl, to przykro mi bardzo, ale niestety – na tym portalu konkursu nie ogłoszę…
Opublikowano dziś w Internecie List w obronie Krzysztofa Skowrońskiego. Pojawił się on na stronach internetowych gazet, niektórych forach oraz blogach, czy platformach blogowych. Jeżeli ktoś jest zainteresowany podpisaniem tego listu, może to uczynić na stronach internetowych Rzeczpospolitej.
http://www.rp.pl/artykul/2,265730_List_w_obronie_Krzysztofa_Skowronskiego.html
Obserwując zamieszanie wokół wyproszenia Jana Rokity z samolotu niemieckich linii lotniczych, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nawet poważne media opanowało jakieś dziwne zamiłowanie do informacji, które światło dzienne powinny ujrzeć co najwyżej na łamach tabloidów.
Możliwe jednak, że nadchodzą nowe czasy dla znanych dziennikarzy i publicystów i teraz każda ich kłótnia z sąsiadami, z restauracyjną obsługą oraz inne co ciekawsze przygody będą nagłaśniane i szumnie komentowane na łamach mediów.
Cieszcie się, gwiazdy polskiej publicystyki – jesteście takim samym produktem jak Doda, Kasia Cichopek, czy Jola Rutowicz (przy okazji – podziękowania dla posła Karpiniuka, dzięki któremu dowiedziałem się o jej istnieniu) i według waszych kolegów z kolorowych pisemek, także wasze prywatne życie zasługuje na taką samą uwagę. Jeżeli się postaracie, to te perypetie nie zostaną dostrzeżone jedynie przez tabloidy i plotkarskie portale, a nawet wasi redakcyjni i nie tylko redakcyjni koledzy poświęcą im chwilę uwagi. Jedni wyszydzą, inni będą bronić, ale wasze nazwisko ciągle będzie na topie. Wadą tego jest tylko to, że chyba nie zawsze chcieliście, by kojarzyło się ono z waszymi prywatnymi problemami.
Świadczyć może o tym przypadek z niedawną przygodą Jana Rokity. Wywołano swoistą Rokitiadę, która od ponad dwóch dni cieszy się zainteresowaniem mediów i jakoś ciągle dotyczy ona jedynie haniebnego potraktowania Jana Rokity. Owa Rokitiada wcale nie prowadzi, jak na razie, do debaty na temat tego, jak traktuje się poza granicami naszego kraju polskich obywateli. Szkoda, bo chyba warto by było, gdyby ten przypadek nie pozostał jedynie historią Jana Rokity i uzmysłowił wszystkim konieczność zwracania uwagi, także na zwykłych Polaków.
A o tych zwykłych Polakach polska prasa jak dotąd przeważnie milczała i brak jest poważnych tekstów mówiących o tym jak nas obierają oraz jak jesteśmy traktowani za granicą. A prawdą jest, że podobne do rokitowych, przypadki zdarzają się często. Nikt tego jednak specjalnie nie nagłaśnia.
Może nasi dziennikarze wychodzą z założenia, że Polacy sami wyrobili sobie złą opinię podczas swych zagranicznych wojaży, ale ja jednak nie widzę powodu dla którego mielibyśmy tak uogólniać i dlaczego zła opinia miałaby przylgnąć do wszystkich Polaków. Odpowiedzialność zbiorowa? Wydaje mi się, że ze stereotypami – Polak złodziej, pijak, wandal itp. trzeba walczyć i zwalczać też trzeba, wszelkie próby złego traktowania Polaków za granicą. Nie można takich historii nagłaśniać tylko wtedy, gdy przykra historia spotka osobę, trochę znaną w naszym kraju i cieszącą się sympatią części społeczeństwa, ale także wtedy gdy spotka to przeciętnego Kowalskiego.
Ale, czy przeciętny Kowalski, to atrakcyjny temat? Przecież lepiej informować o historyjkach z życia dziennikarskiej braci oraz gwiazd show biznesu. Tabloidy wiedzą to najlepiej i powoli wydają się do tego przekonywać też poważniejsze media. Wie to też owy przeciętny Kowalski, który – gdy spotka znanego sobie z mediów dziennikarza w perypetiach, to z przyjemnością utrwali je za pomocą jakiegoś nośnika i rozpowszechni, jeżeli nawet nie w mainstreamowych mediach, to w Internecie. Nowe czasy.
O sensacyjnej wpadce Lecha Kaczyńskiego dowiedziałem się z TVN24, z programu prowadzonego przez Jacka Pałasińskiego. Wspomniał on fakcie publikacji artykułu Lecha Kaczyńskiego – Time to reflect and to act, na łamach amerykańskiej gazety – The Washington Times. Wydawał się on niezbyt zainteresowany tym, o czym jest ten tekst i ważniejsze było dla niego to, gdzie go opublikowano oraz to, że przekręcono nazwisko Kaczyńskiego i przedstawiono go jako wieloletniego współpracownika Lecha Wałęsy.
Dla Newsweeka, Dziennika oraz Gazety Wyborczej, także najważniejsze było miejsce publikacji tekstu i na Kaczyńskiego spadła fala krytyki. Mainstreamowe media wydają się zgodnie potępiać fakt, że prezydent Polski opublikował artykuł w gazecie należącej do sekty Moona. Sama zawartość jego tekst nie zasłużyła sobie na specjalną uwagę i trzeba przyznać, że tekst faktycznie jest trochę ogólnikowy, ale przeglądając polskie gazety nie mogę powiedzieć by wypełnione one były szczegółowymi analizami.

Nie ma co ukrywać, że Lech Kaczyński nie cieszy się zbytnią przychylnością mediów i najprawdopodobniej, jeszcze nie raz dotknie go jakiś atak z ich strony i jego negatywny wizerunek będzie starannie podtrzymywany. Musi się on liczyć z tym, że każde jego słowo i posunięcie będą obserwowane i każda wpadka nagłaśniana, a nawet – powiększana do o wiele większych rozmiarów, niż miałaby ona w rzeczywistości.
Tak jest też z robieniem sztucznej afery z publikacją Kaczyńskiego w The Washington Times. Może i ta gazeta nie cieszy się u wszystkich dobrą opinią, ale jednak jest czytana i dociera do sporej grupy odbiorców. Także amerykańska administracja nie pozostaje na nią ślepa i śledzi ukazujące się na jej łamach opinie.
Mało tego – to co dla polskiego prezydenta ma być według mediów dyshonorem i znacznie go kompromitować, nie jest tym dla… obecnego prezydenta USA – Baracka Obamy. Nie musiałem wcale długo szukać, by odkryć, że Lech Kaczyński nie jest jedynym znanym politykiem, który publikował w Washington Times, bowiem i Obama znalazł chwilę czasu by specjalnie dla tej gazety napisać tekst: Martin Luther King Day.

Niestety, polskie media nie zwróciły jakoś uwagi na ten fakt, co wydaje mi się dziwne, bo czy nagłówek: amerykański prezydent publikował w gazecie sekciarza, nie wydaje się być równie chwytliwy, jak dotyczący polskiego prezydenta i nie mógłby wzbudzić znacznego zainteresowania czytelników?
No, ale przecież efekt po upublicznieniu takiej wiadomości byłby zupełnie inny. Czy faktycznie, aż tak naganne wydaje się to, że Lech Kaczyński opublikował artykuł w tej samej gazecie, w której publikował obecny prezydent Stanów Zjednoczonych? Już mniej. Problem w tym, że nawet jeżeli słusznie potępimy sektę Moona, to nie da się ukryć, że publikacja w tej gazecie, naprawdę może dotrzeć do amerykańskiego czytelnika, administracji, czy samego Baracka Obamy.