10.04.2010

Ku pamięci...

Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie…

Przeprowadzka

Wracam wkrótce STOP Już niebawem blog – „z piątku na piątek”, będę prowadził pod nowym adresem STOP WordPress może i nie jest aż tak zły, w porównaniu z innymi platformami blogowymi, ale jednak sporo mu brakuje STOP Wybieram blogspot.com STOP W tej chwili trwają prace wykończeniowe nowego miejsca STOP Rewolucji nie będzie, ale… STOP Nowy adres podam w tym/w przyszłym tygodniu STOP Pozdrawiam STOP

Stany nieprzysiadalne

1. Powoli wracam do blogowania, ale nie obiecuję, że na długo. Taki lajf, i stan też jakiś taki trochę nieprzysiadalny, co to za bardzo się przedłuża i odejść nie chce. I mi też się nie chce. Bywa.

2. Zamarzyło mi się ostatnio, napisanie pewnej opowieści – trochę o pre-bezdomności, trochę o bezdomności, jeszcze o kilku rzeczach i w ramach zgłębiania tematu wyszedłem na ulicę. Nie mogę powiedzieć, bym odkrył coś specjalnego, choć niektóre spostrzeżenia bywały frapujące, a i naocznie mogłem się przekonać, że człowiek jednak nieobliczalny jest i nie raz potrafi drugiego zaskoczyć. Trochę pisałem już o tym tutaj, więc nie będę się powtarzał. Dodam tylko, że różne instytucje pomocowe, a także dziennikarze, także zadziwić potrafią, ale co do tych ostatnich to powoli zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że z pewnością zadziwią mnie jeszcze nie raz.

3. Jakiś czas temu, znajoma dała mi cynk, że pewna instytucja prowadzi nabór do jakiegoś projektu, skierowanego między innymi do bezdomnych, długotrwale bezrobotnych oraz osób, które mają odsiadkę w życiorysie. Wspomniała coś o pracy, pieniądzach, opłaconym bilecie miesięcznym komunikacji miejskiej, szkoleniach – źle to nie zabrzmiało. Z ciekawości, zerknąłem szybko na jej stronę internetową, ale okazało się, że informacji na temat aktualnie prowadzonego naboru brak, a projektów przez nią prowadzonych jest kilka. Nie znalazłem też szczegółowych informacji o warunkach jakie powinien spełnić chętny, więc jako, że i tak miałem być tego dnia w pobliżu, postanowiłem, że ową instytucje odwiedzę.

Dotarłem szczęśliwie i nawet długo nie szukałem. Ładny, położony na prawie na obrzeżach miasta budynek, dobrze wkomponowany w osiedle domków jednorodzinnych. Trochę daleko od centrum, ale na piechotę, bez ekstremalnego wysiłku też da się dojść. W drodze powrotnej sprawdziłem. W środku w miarę elegancko, tylko trochę pusto. Miła poczekalnia – czerwona kanapa z jakiejś pseudoskóry, stoliczek, na nim najnowsze gazety, co przyznaję bez bicia, jako ciężko uzależnionego, nałogowego czytacza, ucieszyło mnie bardzo i spowodowało, że stwierdziłem, iż tej wycieczki za nieudaną uznać mógł nie będę.

Pewna młoda pani, widząc jak namiętnie wpatruję się w tablicę informacyjną zapytała się mnie w jakiej sprawie przyszedłem i czy szukam jakiejś konkretnej osoby. Więc jej tłumaczę, że słyszałem iż tu są prowadzone pewne projekty i że chciałbym się dowiedzieć do kogo konkretnie są skierowane i jakie warunki trzeba spełnić.

- Ale jest pan zainteresowany?

No masz babo placek. Jestem zainteresowany, ale informacją. Stwierdziłem, że najpierw , chciałbym się dowiedzieć jakie są warunki, by niepotrzebnie nikomu czasu nie zabierać, bo przecież może okazać się, że za żadne skarby do projektu się nie kwalifikuję.

- Jest pan zainteresowany. To proszę usiąść i chwile poczekać, za jakiś czas pana zawołamy.

Hmmmm… No dobrze. Przyzwyczaiłem się już do tego, że niektórym osobom DRUKOWANYMI można coś napisać/próbować wytłumaczyć, a i tak nie zrozumieją, więc gdy tylko nowo poznana osóbka zniknęła z petentem, który przyszedł przede mną, za drzwiami jakiegoś pomieszczenia, przysiadłem na tej wypasionej, czerwonej kanapie i zatopiłem się w lekturze.

Przeczytałem calutką „Rzeczpospolitą”. Cisza. Przeczytałem „Rzeczpospolitą” z dnia poprzedniego. Cisza. Przeczytałem „Gazetę Wyborczą”. Drzwi się otworzyły, petent wyszedł, ale jakoś nikt mnie nie woła, więc czytam dalej. Przeczytałem dwie lokalne gazetki. Nic. Rozglądam się dookoła, cisza, poza mną żywej duszy. Prasa mi się skończyła, jednak przezorny zawsze ubezpieczony – otworzyłem torbę, wyciągnąłem książkę Falconesa, którą prawdę mówiąc, pożyczyłem dla matki chrzestnej, a nie dla siebie i czytałem dalej…

Doczekałem się chyba po 50 stronach. Słysze głosy, podnoszę głowę, poczekalnia nadal pusta, więc to mnie wołają. Zapraszają, proszą bym usiadł. W pomieszczeniu oprócz pani, spotkanej w poczekalni, jeszcze jedna kobieta. Nic nie mówi, głównie milczy i przyjaźnie się uśmiecha. Osoba, z którą już rozmawiałem zaczyna mi opowiadać o projekcie. Przez jakieś pół godziny referuje mi o co w tym wszystkim chodzi. Nie dowiaduję się jednak niczego, czego już nie wiedziałem. W skrócie – oferują przez jakiś czas szkolenia, bilet miesięczny, po pewnym okresie też pewien rodzaj zasiłku, trzeba codziennie do nich przyjeżdżać i uczestniczyć w pracach do których kierują – porządkowych lub budowlanych.

- Jest Pan zainteresowany?

Znowu padło to magiczne pytanie. Tłumaczę, że ciągle nie wiem jakie szczegółowe warunki trzeba spełnić, jakie są konkretne wymagania, jakie dokumenty trzeba przedstawić itp.

- Ale zainteresowany udziałem pan jest?

Zatkało mnie. O co tej kobiecie chodzi? No dobrze, nic nie ryzykuję przecież. Powiedziałem, że jestem, ale chciałbym poznać w końcu te (cholerne) warunki.

- Acha, skoro jest pan zainteresowany, to…

Tu pada szereg pytań na które odpowiadam przecząco i po jakimś czasie słyszę słowa, które wcale mnie nie zaskoczyły.

- Przykro mi, ale niestety nie kwalifikuje się pan do udziału w naszym projekcie.

Odpuściłem sobie dalsze zadawanie pytań. Z jej pytań wywnioskowałem mniej więcej jakie warunki trzeba spełnić, choć bardzo ogólnie. Pożegnałem się i wyszedłem na ciągle pusty korytarz. Rozejrzałem się i ruszyłem do drzwi wyjściowych by udać się w drogę powrotną. Towarzyszyła mi jednak pewna myśl – tak oto zostałem podbijaczem słupków, jedną z cyferek w statystyce, wykazującej zainteresowanie projektem ośrodka?

4. Tego samego dnia jeszcze raz było mi dane pogrążyć się w zadumie. Zima i znaczne ochłodzenie klimatu, to okres, w którym media przypominają sobie o bezdomnych. Z gazet i radiowych oraz telewizyjnych serwisów informacyjnych dowiadujemy się o kolejnych zgonach spowodowanych zamarznięciem, tworzone są materiały pokazujące kolejki za darmowym jedzeniem, pokazuje się warunki w jakich przebywają i nawet pozwala im się coś powiedzieć do mikrofonu, czy kamery.

W tvnowskich Faktach widzę bezdomnego w jednej z polskich noclegowni, który nieśmiało rozmawia z dziennikarzem.

- Zanim tu przyszedłem byłem na dworcu. Chciałem się choć trochę ogrzać, bo teraz strasznie zimno i na zewnątrz ciężko cały dzień wytrzymać. Ale musiałem stamtąd uciekać. Tam gonią, biją.

Na tej wypowiedzi temat zakończono. Mnie za to ciarki przeszły po plecach. Ej… Panie dziennikarzu! Kto wygania? Kto bije?!

Pogodnych Świąt

Życzę wszystkim pogodnych i spokojnych Świąt, w cudownej, rodzinnej atmosferze. Oby żadne troski nie zakłócały nam tych radosnych chwil i każdy mógł też przystanąć i znaleźć czas na odrobinę refleksji.

Generałowi dedykuję

Większość ludzi przechodzi przez życie, zużywając masę energii, by bronić godności, której nigdy nie posiadali.

Raymond Chandler

R. Chandler, Długie pożegnanie, Warszawa 1979, s. 207.

W poszukiwaniu utraconego czasu (I)

Jakiś czas temu, zainspirowany poświęcona Lacrimosie notką Grzesia, postanowiłem, że także napiszę coś o tej swej muzycznej fascynacji. Minął jednak jeden tydzień, drugi, trzeci, a ja nic. No, nie do końca nic, bo do pisania wspomnianego tekstu zasiadałem kilkakrotnie, zawsze jednak wynik mych posiedzeń był dla mnie niesatysfakcjonujący. Natrafiłem też na swoistą, wewnętrzną blokadę, a siedzący przy komputerze Skrzat, co rusz szeptał do mnie – nie pisz, daruj sobie, nie rób tego, po co wracać…

W czym tkwił szkopuł? O co chodziło mojemu małemu koledze? Przecież niby temat prosty, niby temat mi bliski, a u mnie pojawiły się jakieś dziwne opory… No właśnie – problem polegał na tym, że muzyka Lacrimosy jest mi zbyt bliska i przez lata towarzyszyła mi w tych dobrych, a także najgorszych momentach mojego życia. Pisać o niej, to także pisać o sobie. Mam bowiem wrażenie, że jest ona ze mną nierozerwalnie związana, że jest we mnie.

Dziś słucham muzyki Lacrimosy rzadziej, ale za każdym razem, gdy to robię wracają wspomnienia. Wraca przeszłość – zarówno ta, o której chcę zapomnieć, jak i ta, którą chcę pamiętać jak najdłużej. Lacrimosa to dla mnie zarówno szczęście i radość, jak i ból oraz cierpienie. Możliwe, że wiele osób ma takie ulubione – (nie)ulubione płyty, z którymi czują się nierozerwalnie związani. Na tym chyba polega piękno i czar tych najlepszych, najważniejszych dla nas płyt.

Na początku było radio

Nie będę pewnie oryginalny – pierwszy raz, muzykę Lacrimosy usłyszałem przed laty, w jednej z audycji Tomasza Beksińskiego, nieżyjącego już prezentera muzycznego, który dla wielu osób był muzycznym guru, przewodnikiem po krętym labiryncie muzyki. Gdy teraz o tym rozmyślam, nie pamiętam już nawet, jaki był to utwór i z jakiej płyty pochodził. Możliwe, że było to coś z Satury. Pamiętam za to doskonale, swoje początkowe zdziwienie, a następnie coraz większą ciekawość, która szybko przerodziła się w zauroczenie, a po zapoznaniu się bliżej z albumami Lacrimosy – szczerą, gorącą fascynację.

Do dziś jestem wdzięczny Beksińskiemu za to odkrycie. No, oczywiście nie tylko za to – Beksińskiemu zawdzięczam wiele i z pewnością nie tylko ja. Beksiński uczył słuchania muzyki, sporą grupę słuchaczy Trójki. Potrafił on, zwrócić uwagę nie tylko na jej piękno, ale i na jej brzydotę. Nie ograniczał się zresztą tylko do muzyki, bowiem w jego audycjach odnaleźć było można też wątki literackie i filmowe. Był człowiekiem o sporej erudycji i potężnej, magnetycznej sile przyciągania. Wiele osób z niecierpliwością oczekiwało na te sobotnie noce, podczas których prowadził swe kilkugodzinne audycje. Wiele osób, zostało też osieroconych, gdy tych audycji zabrakło.

Pamiętam, że po jego śmierci, w jednej ze swych wypowiedzi, inny z mych muzycznych przewodników – Piotr Kaczkowski, wspomniał o tym, że gdy sam słuchał audycji Beksińskiego, to widział, że ten człowiek musiał włożyć wiele trudu i czasu w przygotowanie każdego swego spotkania ze słuchaczami. Miał rację. W każdej jego audycji zauważyć można było, że układa się ona w pewną całość, utwory nie są przypadkowe, a i komentarze prowadzącego, nie wzięły się znikąd.

Jego śmierć spowodowała szok u wielu osób. Może i przygotowywał do niej nas i siebie od dłuższego już czasu – każdy ze słuchaczy wyczuwał pogłębiający się u niego pesymizm i rozczarowanie życiem, a żeby tego było mało, Tomasz pożegnał się nawet z nami w jednej ze swoich audycji i w opublikowanym na łamach miesięcznika „Tylko Rock” felietonie, ale i tak informacja o jego śmierci zabolała bardzo. I ogromny był też ból po jego stracie. Nawet gdy się nie znało go osobiście, to jego audycje oraz publikowane w „TR” teksty powodowały, że odnosiliśmy wrażenie, że znamy go doskonale, że to bardzo bliska nam osoba, a po jego śmierci – że tracimy przyjaciela. Był nim faktycznie, dla wielu z nas.

cdn.

Urzekła mnie wasza narracja

Miałem wczoraj puścić post o mojej Lacrimosie, ale jakoś tak się złożyło, że urzekła mnie platformiana narracja i z przerwami na lekturę „Głowy Minotaura” Krajewskiego, zajmowała mnie ona straszliwie. Zresztą, zdaje się, że nie tylko mnie zafrapowały wczorajsze doniesienia „Rzeczpospolitej” na temat poczynań posła Chlebowskiego. Najpewniej, znaczna część Polski śledziła z wypiekami na twarzach medialne informacje na ten temat i zastanawiała się – co to będzie?

Trzeba przyznać, że bez względu na to, co sobie myślą politycy Platformy, to znalazła się ona w poważnych tarapatach. Może sobie minister Czuma usiłować odwrócić uwagę od bieżących problemów, podsuwając informacje o prześladowaniu przez Kamińskiego, małżonki byłego prezydenta, ale i tak nie zmieni on faktu, że to jego partyjny kolega – Zbigniew Chlebowski, pokazał wszystkim, jakie standardy panują w Platformie. Co ciekawe, zdaje się, że to właśnie między innymi Chlebowski, powinien tych standardów pilnować i tym samym, jego dymisja z zajmowanych stanowisk jest nad wyraz słuszna.


Foto: Shmuel Spiegelman, Wikimedia Commons, Nadavspi.

Szkoda jednak, że również minister Czuma, po raz kolejny uświadamia Polakom, jakie to standardy panują w rządzie współtworzonym przez Platformę Obywatelską i swoją osobą, pozostając na zajmowanym przez siebie stanowisku, pogrąża ją jeszcze bardziej. A tak. Rację ma Łukasz Warzecha, który w swoim poście twierdzi, że Czuma musi odejść. Wczorajsze występy ministra potwierdzają tę opinię wystarczająco. Dziwne, że nasz miłościwie panujący premier, ciągle nie może zrozumieć, że Czuma więcej szkodzi PO niż pomaga. Może i kolejna zmiana na stanowisku ministra sprawiedliwości nie do końca jest pożądana, ale chyba jednak lepiej, by uczyniono to dziś, korzystając z okazji i sporego zamieszania, a nie wtedy, gdy będzie już za późno. Czuma, z dnia na dzień, co raz bardziej kompromituje już nie tylko siebie, ale również urząd ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Przy okazji kompromituje się także premier, który niby nie widzi żadnych przesłanek do jego dymisji.

A tymczasem, każdy przytomnie myślący człowiek za niedopuszczalne powinien uznać orzekanie o winie lub niewinności jakiejkolwiek osoby przez ministra sprawiedliwości. Od przedstawienia dowodów jest podległa mu prokuratura, a od orzekania o winie – podobno niezawistny i niezależny sąd. Jeżeli głos w jakiejś sprawie, zabiera publicznie sam minister, to skutkować to może oskarżeniem o naciski na podległe mu organy, a jeżeli nawet nie naciski, to sugerowanie im jakiegoś określonego kierunku postępowania. Minister sprawiedliwości powinien mieć choć tyle inteligencji, by umieć trzymać buzię na kłódkę i nie wyrokować sądów w prowadzonych przez podległe mu służby sprawach, zwłaszcza gdy chodzi o jego partyjnych kolegów. Nie interesuje mnie opinia Czumy na temat ich winy lub niewinności i nie powinna tez interesować ani prokuratury, ani sądów.

Czuma powinien odejść, a w sprawie tzw. afery hazardowej powinna zostać powołana sejmowa komisja śledcza. Do tej pory, byłem przeciwnikiem powoływania kolejnych komisji, które tak właściwie rzadko coś wyjaśniają i świadczą o chorobie państwa i niezdolności jego organów do radzenia sobie z różnymi problemami, ale akurat w tym przypadku, częściowo dzięki postawie ministra Czumy, jej powołanie wydaje mi się zasadne. I nie ma racji Donald Tusk, który na swej konferencji prasowej wspomniał, że domaganie się przez PiS takiej komisji świadczy o braku zaufania do pracy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Może się cieszyć, owszem, taka próba wymigania się od tworzenia komisji, to nawet niezły chwyt, ale ta argumentacja trafia chyba tylko do nielicznych, ograniczonych umysłowo osobników, zaślepionych miłością do Platformy Obywatelskiej, a tych, nawet wśród dziennikarzy jest już jednak coraz mniej. Żądanie stworzenia komisji śledczej, mającej wyjaśnić wszystkie aspekty afery hazardowej, świadczy raczej o braku zaufania do prokuratury pod rządami Andrzeja Czumy, który publicznie, na łamach różnych mediów, a może i nie tylko publicznie, wskazuje im kierunek działania, a nie do CBA, z którym rząd zdaje się już toczyć otwarta wojnę na oskarżenia i insynuacje.

Przeglądając w sieci opinie na temat afery hazardowej, zauważyłem, że kilka osób zastanawiało się nad tym, czym PO będzie chciała przykryć wpadkę Chlebowskiego. Na to pytanie chyba znamy już odpowiedź – negatywną kampanią pod adresem Mariusza Kamińskiego i podległej mu służby. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niby wykonując tylko swoje obowiązki, Kamiński i CBA nadepnęły Platformie poważnie na odcisk i ta, w ramach wendetty, nie spocznie teraz dopóki nie pogrąży go całkowicie, przy okazji odwracając uwagę opinii publicznej od sedna sprawy, jakim jest dziwne postępowanie polityków PO w sprawie ustawy o grach losowych.

Postawienie na czele CBA byłego polityka było błędem. Skutkuje to ciągłymi oskarżeniami pod adresem tej służby, o stronniczość i działanie na polityczne zamówienie. Opowieść o tym, że PO pozostawiła Mariusza Kamińskiego na stanowisku, dlatego, by w ramach uczciwości i przejrzystości, na ręce patrzył jej działaczom były polityk opozycyjnej partii możemy włożyć między bajki. Kamińskiego pozostawiono dlatego, by każde dostrzeżone przez CBA nadużycie, czy też złamanie przez prawa przez osoby związane z Platformą, można było w ramach samoobrony nazwać działaniem politycznym i osłabić siłę rażenia ewentualnych problemów. Pomysł był dobry i dziś widzimy efekty takiego postępowania, ale nie można w nieskończoność wciskać społeczeństwu, że CBA, czepia się kogoś i łapie go na jakimś przestępstwie, tylko dlatego, że jest z PO. Na dłuższą metę tak się nie da…

Donald Tusk ma dziś prawo do wyrażania opinii, że Prawo i Sprawiedliwość usiłuje wykorzystać całą aferę do swych celów politycznych, ale niech nie udaje naiwnego. Działacze PiS, byliby idiotami gdyby nie wykorzystali obecnej sytuacji, a poza tym – patrzenie na ręce rządzącej partii, to święte prawo opozycji. W odwrotnej sytuacji, gdyby w podobne tarapaty wpadliby politycy PiS, Platforma zrobiłaby z pewnością to samo, tylko, ze względu na swoją lepszą sprawność medialną, z o wiele lepszym skutkiem.

Wrzesień

Problemy z komputerem i nagły natłok obowiązków odciął mnie na dłuższy czas od sieci i pewnie pozostałbym poza nią dłużej gdyby nie to, że przytrafił mi się mały wypadek. Chcąc nie chcąc, siedzę sobie w domu i powoli kuśtykam po mieszkaniu. Korzystając z okazji nadrabiam zaległe lektury – i te książkowe i te sieciowe i muszę przyznać, że przez miniony miesiąc zbyt wiele się nie wydarzyło. To znaczy – może i się wydarzyło, ale nie były to zdarzenia, którym media postanowiły poświęcić aż tyle uwagi, by trwale zapisały się one na ich kartach.

Najważniejszymi tematami września wydają się być: odszkodowanie zasądzone Alicji Tysiąc w związku z publikacją „Gościa Niedzielnego” oraz trwająca ciągle dyskusja na temat aresztowania w Szwajcarii polskiego reżysera – Romana Polańskiego. Obu tym przypadkom poświęcono w ciągu ostatnich dni mnóstwo uwagi i specjalnie to nie chce mi się już ich nawet komentować.

Bo i co tu zresztą komentować? Dla wielu osób są to rzeczy oczywiste. No cóż… Dla katolika, aborcja nie narodzonego dziecka polega na jego zabiciu i co za tym idzie jest zabójstwem, a seks z osobą poniżej danego wieku jest przestępstwem nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Nie bardzo rozumiem, dla czego ktoś broni kogoś kto uciekł przed wymiarem sprawiedliwości i protestuje przeciwko jego zatrzymaniu. Z poziomu zwykłego, nie obracającego się w środowisku znanych nazwisk człowieka – wygląda na to, że naszym elitom w głowach się poprzewracało.

Rozumiem zasługi danej osoby, dla kultury, jakiejś społeczności itp., ale zdaje się, że jeżeli okaże się iż jakiś obecny autorytet popełnił w przeszłości jakąś zbrodnię, to jego życiorys mimo wszystko jej nie zamaże. W świetle prawa wszyscy są równi i tak powinno być. Nie ma taryfy ulgowej. I tyle. Może i często ze szkodą dla człowieka, który wiele wysiłku włożył w to, by zamazać popełnioną w przeszłości winę, ale w świetle prawa nic się na to nie poradzi. Przestępstwo było i już. Trzeba nie tylko odpokutować, ale jeszcze zostać osądzonym i poddać się wymierzonej karze, nawet – jeżeli będzie ona jawnie niesprawiedliwa, a i o takie przypadki nie trudno. Zdaje się, że sąd może wziąć pod uwagę zasługi i czyny danej osoby po dokonaniu przestępstwa, ale wcale to nie oznacza, że te jego jakieś wybitne osiągnięcia sprawiają, że danego przestępstwa nie było.

Gdy tak przeglądam sobie te różne informacje z minionego miesiąca i widzę jakie wydarzenia są najbardziej komentowane i zaprzątają najwięcej uwagi opinii publicznej i mediów, to mam wrażenie, że żyjemy w czasach po-politycznych. Polityka, przepychanki partyjne, sposób sprawowania rządów, prace nad ustawami, walka z kryzysem o którym już nawet prawie zapomniano – nie zajmują tak publiczności, jak kwestie obyczajowe lub jakieś problemy gwiazd, czy nawet ich dawnych partnerów. Wystarczy być byłą żoną znanego aktora i popełnić jakiś naganny czyn, by informacje o tym długo nie schodziły z łamów prasy i ekranów telewizorów.

Może i ktoś tu idzie na łatwiznę i media podchwytują proste, nie wymagające zbytniego wysiłku poszukiwawczego tematy, a dziennikarstwo śledcze odchodzi do lamusa, ale trzeba też przyznać, że ludzie najprawdopodobniej, w przeważającej większości, chcą być jednak o takich sprawach informowani. Chcą być karmieni informacyjną sieczką lub tematami obyczajowymi, czy też społecznymi, a polityka jako taka, interesuje ich wcale lub mniej. Lektura ustaw nie jest wcale ciekawa, nie tylko dla dziennikarzy, o nieprawidłowościach w różnych urzędach i tak wszyscy wiedzą, a to – w jaki sposób rząd walczy z kryzysem, społeczeństwo odczuwa na własnej skórze.

Nic, tylko pochylić się z natężoną uwagą, nad tym co nam się podsuwa. Może i naszym kosztem, bo umykają nam w ten sposób także rzeczy ważne i powoli zapominamy, że na otaczająca nas rzeczywistość ktoś jednak może mieć wpływ, ale trzeba przyznać, że my tez mamy wpływ na to co czytamy, komentujemy i najwidoczniej – prawdziwe problemy polskiego państwa interesują nas już mniej.

Kto nie może wych@mować?

Gdy w Polsce wzrasta przestępczość, to często obrywa się policji i służbom porządkowym za ich niewydolność i zbyt małą skuteczność. Potem dostają w tyłek rządzący, którzy nad naszym krajem czuwają i kontrolują organy zapewniające nam bezpieczeństwo. Na ostatnim miejscu pojawiają się pytania o to – co się dzieje z polskim społeczeństwem, co powoduje rosnące statystyki wykroczeń, zabójstw, chamskich wybryków, czy też burd na ulicach.

Jeżeli chodzi o temat chamstwa w sieci, to wydawało się być odwrotnie. Tutaj winę zazwyczaj ponosiły przede wszystkim te osoby, które korzystając ze swej względnej anonimowości popisywały się niewybrednymi atakami na innych. Dziennikarze i publicyści załamywali ręce nad kondycją polskich internautów, pojawiały się też pytania – jak walczyć z chamstwem w sieci, jakie są jego przyczyny i nikt nawet się nie zająknął o tym, że tak właściwie to wypadałoby przy okazji postawić zupełnie inne pytanie – kto pozwala na to chamstwo w sieci?

Gdy czytałem sobie te wszystkie publikacje na temat agresji w Internecie, miałem wrażenie, że w nie ma w nim żadnych środków kontroli publikacji, moderatorzy są chyba jakimś niezbyt realnym bytem, każdy może pisać sobie co chce i gdzie chce, a właściciele portali nie mają na to żadnego wpływu. Prawdziwa wolna amerykanka – żadnych regulaminów, tworzymy Dziki Zachód.

Ch@mowo się opłaca

Za to teraz, gdy przeglądam sobie niedawną debatę na temat zachowania internautów, która przetoczyła się przez łamy Gazety Wyborczej, to się śmieję. Po latach istnienia Internetu w Polsce, niektórzy dziennikarze odkryli moderację. Nagle, w cudowny sposób, niektórzy przejrzeli też na oczy i dotarło do nich także to, że owo sławetne chamstwo może się portalom po prostu opłacać.

I tu akurat, Jacek Żakowski ma rację. Emocje w są w cenie. Bo czy nie jest opłacalne, gdy internauta, odpowiednio pobudzony, czy nawet wkurzony, przebywa dłużej w danej witrynie i czeka, odświeżając raz po raz stronę, by sprawdzić jaką reakcję wywołał jego komentarz, albo gdy inny komentator, oburzony jakimś komentarzem (chamskim lub nie) dodaje swoje trzy grosze? Klik, klik… Te wszystkie kliki i czas spędzony przez internautę w witrynie to dla portali pieniądz. Nuda je zabija.

Tak właściwie to można spokojnie stwierdzić, że to, iż portalom chamstwo się opłaca, wcale nie jest jakąś wielką tajemnicą. Jakiś czas temu spotkałem się nawet z opinią, że na niektórych portalach, moderatorzy specjalnie podkręcają atmosferę, by zwiększyć emocje. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale gdy czyta się list pewnego dziennikarza, który opublikował na swoim blogu Jacek Prześluga, można uwierzyć i w tę „spiskową teorię”. Dziennikarza? No tak, autor tego listu nawet się za niego nie uważał. Traktował siebie samego, bardziej jak wywoływacza kliknięć

Niemożliwa moderacja

Na tekst Żakowskiego w GW, odpowiedzieli pracownicy Agory, którzy w swoim artykule stwierdzili, że w Internecie pojawia się tyle treści, że moderacja jest niemożliwa. Tak? Wolne żarty. Najprawdopodobniej nie ma strony w Internecie, która nie byłaby czyjąś własnością i już dawno temu, opracowano odpowiednie programy monitorujące ruch w witrynach. Autorzy tekstu powinni dobrze wiedzieć, że moderacja jest możliwa i że istnieje od lat. Problem polega na tym – jak to cudo funkcjonuje oraz kto i dlaczego dopuszcza do tego, by obraźliwe, czy też chamskie teksty oglądały w ogóle światło dzienne.

A owszem, łatwo zauważyć, że idiotyczne, czy też kretyńskie komentarze internautów można na największych portalach znaleźć bez problemu. Jednak, gdy ktoś krzyczy, że moderacja jest niemożliwa, to sporej rzeszy użytkowników tych witryn, łże w żywe oczy. Niejeden internauta przekonał się o tym, że czasami, nawet merytoryczny komentarz opublikować w Internecie wcale nie jest tak łatwo…

Pewnie sporo osób pamięta co się działo na witrynie Dziennik.pl podczas tak zwanej „Sprawy Kataryny”. Oburzenie internautów było spore i niektórzy nie przebierali w słowach, by jak najdosadniej i często przesadnie, wyrazić swe oburzenie postępkiem Dziennika. Co się okazało? Zaskoczony ich reakcją Dziennik, postanowił wykorzystać te wszystkie gorszące go komentarze do odwrócenia uwagi od sedna problemu i ogłosił wielką wojnę z chamstwem w sieci, którą zresztą, niektóre portale wtedy podchwyciły. By pokazać do czego zdolni są internauci, Dziennik.pl ogłosił nawet, że zaprzestaje moderacji komentarzy pod kontrowersyjnymi tekstami dotyczącymi ujawnienia danych Kataryny. I co? Ano to, że Dziennik.pl wcale wtedy moderacji nie zaprzestał. Może i pełne agresji komentarze ukazywały się bez problemu, ale z kolei – nie pasujące do wizji tworzonej przez Dziennik.pl, merytoryczne komentarze, w których rzetelnie i spokojnie tłumaczono na czym polega wina Dziennika, były skwapliwie kasowane. Przekonałem się o tym osobiście, usiłując zamieścić na forum tego portalu komentarz i przekonał się też o tym na przykład – bloger gw1990. Moje, jego i pewnie jeszcze wielu innych internautów komentarze, wcale się nie ukazywały, lub były szybko kasowane.

To, że istnieje w Internecie coś takiego jak moderacja, odkrył także pisarz i dziennikarz – Jerzy Sosnowski, który postanowił sprostować błąd autora pewnego tekstu na Onet.pl. Zamieścił odpowiedni komentarz po tekstem i… I co? Jego komentarz wcięło w ekspresowym tempie, a powodem było złamanie przez niego regulaminu forum, bowiem uwagi do redakcji należy kierować do niej bezpośrednio. Prostować błędy portalowych dziennikarzy? Publicznie? Broń Boże! Sosnowski dowiedział się w ten sposób, że internauta ma prawo tylko do tego, by wyrazić swoją opinię na temat opisanego w danym tekście wydarzenia. Może taki osobnik obrażać, wyzywać, ale polemizować z autorem tekstu już nie wolno, nawet jeżeli wypisuje on kompletne bzdury.

Trybiki

I co? Moderacja nie jest możliwa? Skoro tak, to jakim cudem udaje się kasować te wszystkie niewygodne uwagi, kierowane pod adresem portali, czy też autorów artykułów, publikowanych na ich łamach? Może warto przyznać w końcu otwarcie, że sporo portali żyje z tych emocji i z tego chamstwa i jego ukrócenie wcale nie jest im na rękę. Mało tego – bardzo często to właśnie te portale wywołują emocje i podsycają atmosferę oburzenia, czy też nawet nienawiści, poprzez publikację danych tekstów, dobór tematów itp. Im goręcej tym lepiej. Przeciętny komentator, który postanowi zamieścić swój komentarz na jednym z tych portali, jest tylko trybikiem w ich biznesowej maszynerii.

Można próbować bronić chamstwo w sieci w imię wolności słowa i wołać o tym, że nie chce się wprowadzać cenzury, a wielu internautów przyzwyczajonych do wolności swej wypowiedzi, nawet chętnie poprze taką argumentację. Cenzura? Nie ma mowy. Ale wszyscy ci, którzy tak ochoczo krzyczą o tej nieszczęsnej cenzurze, zapominają, że istnieje ona od dawna – zarówno w sieci, jak i w realu. W Internecie roi przecież od różnych regulaminów, nakładających ograniczenia na użytkowników witryn i nikt jakoś nie protestował dotąd przeciwko ich istnieniu. Te same osoby, które krzyczą o obronie wolności wypowiedzi, same pewnie nie raz zgłosiły jakiś kretyński komentarz do moderacji. Podobnie w jest w realu, tutaj także na nasze wypowiedzi nakładane są pewne ograniczenia. Wystarczy głośno przekląć publicznie, w pobliżu policjanta czy też strażnika miejskiego, by zarobić mandat. Internet też jest miejscem publicznym. Niby dlaczego chamskie, agresywne, obraźliwe wpisy mają być w nim tolerowane? Dlaczego nie nałożyć tolerującym takie wpisy portalom i zamieszczającym je internautom porządnego kagańca?

Żelichowski obraził Katar. Będzie afera?

Pewnie niektórzy pamiętają jeszcze wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, w której kpił z Donalda Tuska i by podkreślić nierealność jego opinii o tym, że kraje euro wypuszczą obligacje, które rozłożą naszą gospodarkę, stwierdził, że „równie dobrze można było wymyślić, że Gabon zaatakuje Polskę. Potem powiedzieć, że jednak nie zaatakuje, a na koniec ogłosić, że to wielki sukces”. Mimo, że w tej wypowiedzi nie było tak naprawdę nic obraźliwego i niestosownego, to spotkała się ona ze sporą falą krytyki. Szybko podchwycono temat Gabonu i zapytano też Kaczyńskiego, z czym mu się on kojarzy, na co odpowiedział on, że Gabon to „niezbyt wielkie państwo afrykańskie, gdzie poważną rolę odgrywają orzeszki ziemne”. Stefan Niesiołowski, może i w ramach starań o posadę honorowego konsula Gabonu, ogłosił wtedy, że Kaczyński swoją wypowiedzią obraził Gabon.

Oczywiście, nie tylko Niesiołowski był oburzony słowami Kaczyńskiego. Jeden z lokalnych działaczy Platformy Obywatelskiej – Kazimierz Czekaj, poczuł się zaniepokojony ewentualnym pogorszeniem naszych stosunków z Gabonem do tego stopnia, że planował nawet wyprawę do tego państwa, by przeprosić jego obywateli za zachowanie prezesa PiS. Gazeta Wyborcza opublikowała materiał z jego wyprawy, tyle, że… jako żart primaaprilisowy. Nie wiem, czy w końcu doszło do tej podróży i tak właściwie, to nie wiem czy ma ona jakiś większy sens poza turystycznym, bowiem, jeżeli do Gabonu dotarły wypowiedzi Kaczyńskiego, które rzekomo miały obrażać jego mieszkańców, to najprawdopodobniej dotarły też jego przeprosiny. No, ale czego się nie robi dla ośmieszenia politycznego przeciwnika…

Ale dlaczego o tym w ogóle piszę? Dlaczego to przypominam? A dlatego, że skoro tak chętnie chciano przepraszać za słowa Jarosława Kaczyńskiego, to zastanawia mnie, kto teraz przeprosi za wypowiedź Stanisława Żelichowskiego, który postanowił w ramach krytyki niepowodzeń ministra Grada… obrazić obywateli Kataru.

A obraził? No tak, owszem. Może jakoś nie dotarło to do szerszej publiczności, albo nikt też głośno nie powiedział jej, co ma ona na ten temat myśleć, ale tak – jego słowa, które padły w jednej z telewizyjnych wypowiedzi mogą być z pewnością obraźliwe. Nie ukrywam, że ja akurat zdębiałem, gdy ubiegłym tygodniu zobaczyłem, jak polsatowskie Wydarzenia emitują jego wypowiedź, w której, stwierdza on, że „jak się ma doczynienia z Katarem, to można podejrzewać zakichany interes”. Aż myślałem, że się przesłyszałem. Mając w pamięci nie tak dawną znowu aferę z wypowiedzią Kaczyńskiego, pomyślałem sobie – no ładnie, teraz to zlinczują faceta. Albo wyśmieją, zrobią z niego wariata. Wariata? No, a czy jakiś rozsądny polityk i to partii współtworzącej rząd, w którym ma ona nawet swego prezesa na stanowisku ministra gospodarki oraz wicepremiera, rzuci takim tekstem pod adresem państwa, z którym Polska chce prowadzić interesy?

Okazuje się jednak, że w tej wypowiedzi większość mediów nie znalazła nic obraźliwego. W ciągu całego tygodnia, zwróciła na nią uwagę chyba tylko jedna stacja telewizyjna – tvn24. I zrobiła to jeszcze, w programie satyrycznym. Nic to. To faktycznie komedia i naprawdę za zabawne można uznać zdarzenie, w którym polityk PSL krytykuje swój rząd i wyśmiewa pomysły koalicyjnego ministra, obrażając przy okaz okazji państwo, z którym Polska chce robić interesy.

Możliwe, że dowcip Żelichowskiego zostanie jeszcze jednak doceniony i to przez ministra Grada. Chyba już wiadomo, na kogo tym razem, może zrzucić on odpowiedzialność, gdy nie wyjdzie kolejna próba ratowania polskich stoczni przy udziale katarskich inwestorów. Tym razem nie będzie to jakiś list, a telewizyjna wypowiedź Żelichowskiego. To przez niego. To jego wina – obraził obywateli Kataru!

Na zakończenie przypomnę jeszcze tylko, że może i Żelichowski ochoczo krytykował w ostatnich dniach katarskie interesy ministra Grada, kpił z nieudanej transakcji, ale tak właściwie, to stanowisko Żelichowskiego na temat pomysłu ratowania polskich stoczni, przez katarskich inwestorów wcale nie jest takie jasne i konkretne. Teraz Żelichowski o tym pomyśle mówi jedno, a jeszcze niedawno, w wypowiedzi dla wprost24.pl stwierdził, że Grad wybrał najlepszą ofertę. A przecież wiadomo, że „jak się ma doczynienia z Katarem, to…”

Następna strona »


Blog przeniesiony pod nowy adres: http://michalpiatek.blogspot.com/

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.