Nie mogę wyjść z podziwu dla mediów, którym za sprawą Lecha Wałęsy udało się odświeżyć temat już dość głośno w przeszłości omawiany. O publikacji Zyzaka pisano bowiem w czerwcu 2008 roku i fakt jej istnienia nie został wcale przemilczany. Nie wywołano jednak wtedy, aż tak wielkiej histerii jak obecnie i muszę przyznać, że opinie Wałęsy są dla mediów, wciąż atrakcyjnym tematem, nawet – jeżeli dotyczą historii, komentowanych już ponad pół roku temu.
Nie mogę powiedzieć, bym nie był trwającą nadal burzą znacznie zdziwiony. Możliwe, że to iż zostałem zaskoczony, to moja wina. Może zanadto się przyzwyczaiłem do faktu, że polskie media, mają często dziwną skłonność do omawiania dokumentów i książek, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego, a gdy to się już stanie porzucają dany temat uznając sprawę za załatwioną. Tak było ze słynnym Raportem Pitery, o którym o wiele częściej mogliśmy sobie poczytać w chwili gdy go jeszcze nie było, tak było z nowym programem Prawa i Sprawiedliwości, który był na topie do chwili oficjalnej prezentacji, a po niej mało który dziennikarz chciał poświęcić mu chwilę swej uwagi i tak też było – z książką Cenckiewicza i Gontarczyka, która zrobiła furorę, przed ukazaniem się na rynku.
Obecne zamieszanie mógłbym nawet podciągnąć pod próbę poprawy swej jakości przez polskie media, bo i w końcu namiętnie dyskutuje się o czymś co jest, gdyby nie to, że nikt jakoś się nie kwapi do tego by poinformować, iż odgrzewa się stary temat, no i gdyby nie to, że książkę wykorzystuje się do walki z IPN, choć nie ma on z nią prawie nic wspólnego. Przy okazji okazuje się, że niektórzy dziennikarze nadal mają skłonność do wprowadzania ludzi w błąd i tak na przykład – Konrad Piasecki w niedawnym wywiadzie z Kurtyką, poczęstował go o cytatami, nie informując o tym, że nie wszystkie pochodzą z książki Zyzaka i ich w niej po prostu nie ma. Z jakością ciągle ciężko…
Także, opublikowany na blogu Wałęsy post, w którym zwraca on uwagę na ciągłe obrażanie go i zapowiada nawet ewentualną emigrację, nie stał się przyczynkiem do debaty – jak w Polsce traktuje się żywe pomniki i czy faktycznie ich dokonania dają im prawo do całkowitej nietykalności i bez względu na ich poczynania, nie podlegają one krytyce, a wykorzystano go do rozpętania nagonki na IPN.
Wskrzeszony temat okazał się też mieć tym razem na tyle silny przekaz, że poza facetem, który najwidoczniej – za punkt honoru obrał sobie zostanie dyżurnym błaznem III Rzeczypospolitej, nawet Donald Tusk robi z siebie idiotę krytykując IPN za coś czemu nie jest on winny. Może to nie jego wina i zbyt łatwo uległ namową swych doradców, którzy wmówili mu najprawdopodobniej, że ładnie będzie wyglądało, gdy z troską pochyli się on nad organem zarządzającym elementami naszej pamięci narodowej, ale szkoda że robi to krytykując Instytut Pamięci Narodowej przy okazji afery dotyczącej książki, której IPN nie wydał, nie mówiąc nawet o tym, że Tusk jej nie czytał.
Na miejscu Donalda Tuska, jeżeli to jego doradcy są winni jego zachowaniu skutecznie bym się ich pozbył. Co z tego, że po raz kolejny udaje się skierować oczy opinii publicznej na mało istotny a nawet kuriozalny temat, skoro wypowiedzi premiera powodują, że spada jego wiarygodność? Tusk zaliczył kolejną wpadkę i coś mi się wydaje, że ciężko będzie mu odbudować mit męża stanu – nie dość, że lubi grać w piłkę nie zważając na godziny pracy swych współpracowników, to jeszcze kompromituje się zabierając głos na temat o którym najwyraźniej nie ma zielonego pojęcia.
Cała awanturka świadczy jedynie o tym, że IPN uwiera wiele osób, które nie cofną się przed niczym, by skutecznie z nim walczyć i jak najbardziej go skompromitować. Szkoda, że do tej walki daje się wykorzystywać obecnie urzędujący premier, czy marszałek Sejmu i godzą się na to, by dyskutować oraz krytykować IPN przy okazji potępianej przez media książki, która nie ma z nim nic wspólnego. Może tym panom wydaje się, że mają jeszcze jakiś autorytet i możliwe, że u niektórych osób jeszcze go nie straciły, ale wolałbym, by nie zapominali o autorytecie swego urzędu i nie wystawiali go swymi poczynaniami na śmieszność.
Jeżeli IPN jest winien za Grzechy Zyzaka (oczywiście, jeżeli jakieś popełnił), to ktoś może łatwo uznać, że Komorowski i Tusk są odpowiedzialni za poczynania posłów PO, którzy na przykład – mają poważne problemy z wypełnianiem sejmowych oświadczeń.
Nie tak dawno informowałem o tym, jak poseł PO – Łukasz Tusk w oficjalnym, dostępnym na stronach Sejmu dokumencie pochwalił się, że jednym z jego współpracowników jest człowiek urodzony w … 2007 roku. To oświadczenie musiały czytać minimum kilka osób, a mimo to nikt nie zwrócił uwagi na błąd i podległa Komorowskiemu kancelaria umieściła je w Internecie. Kto jest winien? Na pewno Komorowski! Należy zlikwidować Kancelarię Sejmu, skoro publikuje brednie w Internecie! Odwołać marszałka, skoro na to pozwala! Przecież to skandal!
























moze do roznorodnych oswiadczen dolaczylby pan liste poslow pis wypisujacych zbiorowo rozne bzdury dla 300 zlotych polskich
Obawiam się że lista posłów wypisujących bzdury wcale nie byłaby krótka i nie składałaby się jedynie z posłów PiS… Ma Pan rację – warto zająć się tym tematem bliżej. Z ciekawości poszukam sobie, czy faktycznie wiadomo coś o jakimś pośle PiS lub innej partii wypisującym w oświadczeniach bzdury dla 300 złotych.